Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

środa, 22 kwietnia 2015

Rozdział dwunasty

Witajcie ponownie, kochani! :) Uprzejmie donoszę, że czasem sypiam, a dynie są ważne i trzeba o tym pamiętać, nawet jak się kończy ich sezon!

I stayed up all night playing poker with tarot cards. I got a full house and four people died.1 

Hrabina Oleńska patrzyła triumfalnie na Szalonookiego, który marszczył to, co mu pozostało z nosa i usilnie starał się nie poddać. Jak ona uwielbiała z nim rywalizować!
– Więcej herbaty, Al? – Machnęła ręką na Bergmana, który pospieszył do niej usłużnie z tacą. Skrzaty przeszły ze Stworkiem prawdziwą batalię, zanim ten dał za wygraną i, chcąc nie chcąc, zaakceptował ich obecność na Grimmauld Place. Teraz były nieco czujniejsze i jeszcze bardziej usłużne.
– Nie poganiaj mnie, kobieto! – burknął auror, choć nie tak ostro, jak zwykle.
– Ależ nikt cię nie pogania, mamy czas. – Zerknęła kontrolnie na szachownicę. – Al? Nie przypomina ci to jakiegoś szczególnego pojedynku? Z tym… Jak mu tam było,   Wollstonecraft?
Moody sapnął ciężko i spojrzał na nią z wyrzutem, z dłonią zawieszoną nad czarnym gońcem (hrabina zawsze grała białymi i nie znosiła szachów czarodziejów, nie było w tym temacie mowy o ustępstwie).
– Nie próbuj mnie zdekoncentrować, wiesz, że ci się nie uda. – Wrócił do obmyślania strategii, a ona, kryjąc jak mogła swój triumfalny uśmieszek, spokojnie wzięła dzbanek z tacy i dolała im więcej herbaty. Skrzat wyszedł z biblioteki i starannie zamknął za sobą drzwi.
– Niczego nie próbuję, mój drogi, po prostu masz w zanadrzu tyle fascynujących historii, a ja uwielbiam ich słuchać! – Udała, że nie widzi jego czujnego spojrzenia. Magiczne oko zawirowało mu niekontrolowanie. – Więc daj już spokój, rozchmurz się na chwilę! Jaki on był? Brian Wollstonecraft.
Alastor przesunął gońca na B5 i uśmiechnął się krzywo.
– Był fatalny z obrony, Bogu dzięki.
– Tak myślałam. – Uśmiechnęła się. – Hm, szach i mat, mój drogi! – Zgrabnym ruchem przesunęła konia po planszy. Na twarzy aurora natychmiast odmalowała się irytacja. Zaraz przysunął się bliżej stolika i zanalizował wszystko jeszcze raz, jeszcze nie dowierzając. Znowu to zrobiła, podła szelma! Hrabina upiła z triumfem nieco herbaty, chociaż wciąż próbowała nie pokazać, jak bardzo kochała z nim wygrywać.
– Dagmar, jesteś bezlitosna! – sapnął, a ona zaśmiała się głośno. – Bezwzględna!
– Mój drogi, jestem niezniszczalna! – Wstała od planszy i wyjęła z leżącej na kanapie torebki swoją czarną fifkę. Zapaliła papierosa elegancką, staroświecką zapalniczką, gdy tymczasem Alastor wciąż przesuwał ręką nad pionkami i nie mógł się pogodzić z porażką. Spojrzał na nią z pretensją.
– To wszystko przez to cholerne gadanie! – warknął, choć jakimś sposobem, i tylko gdy zwracał się do niej, w jego głosie nie było ani trochę pretensji. Gdyby ktoś nie znał Moody’ego, mógłby pomyśleć, że gdzieś w głębi czai się wręcz spora doza sympatii.
– Jak ci się podoba na Grimmauld? – Zmienił szybko temat. Oleńska usiadła znowu przy stoliku i pokiwała głową z aprobatą.
– Pan Black był więcej niż uprzejmy ze swoją ofertą.
– Dagmar, wiesz, że moja wciąż stoi – mruknął, świdrując ją swoim magicznym okiem.
– Wiem. I dziękuję ci za to, ale…
– Black jest samotny! – wypalił. – I strzela oczami na twoją wnuczkę.
– My wszyscy jesteśmy – powiedziała cierpliwie, wyczuwając, że znowu brną ku starym tematom. 
– A nie musimy – powiedział, jak gdyby z wyrzutem.
Zgasiła papierosa w stojącej obok kryształowej popielniczce i pokręciła głową.
– Al, ta rozmowa wciąż zatacza koła i prowadzi donikąd, tak samo jak zawsze.
– Tylko dlatego, że jesteś tak cholernie uparta! – Odsunął krzesło i wstał.
– Staram się być rozsądna! – powiedziała twardo i spojrzała na niego surowo. – Al, mogłabym być twoją matką, na Morganę!
– Ale nie jesteś – uśmiechnął się krzywo.
– Czy ty nigdy nie zrozumiesz, że nie chcę, żebyś marnował na mnie swoje najlepsze lata?!
– Spójrz na mnie, do cholery! – Nagle krzyknął, co trochę ją zdumiało i natychmiast umilkła. – Moje najlepsze lata dawno mam za sobą, ty uparta kobieto! I nie chcę spędzać tych, które mi zostały, siedząc we własnym, zgorzkniałym towarzystwie!
– Cóż, skoro jesteś znudzony, proponuję pieska. Koty też nie są najgorsze. – Jej wzrok uciekł gdzieś na bok.
– Dobrze wiesz, o co mi chodzi – wycedził i usiadł z powrotem. Wziął jej szczupłą dłoń w swoje, a jego obydwoje oczu patrzyło tylko na nią. Merlinie, nie zmieniała się od lat i wciąż była tak samo piękna!
– Al… Znajdź sobie… Kogoś. Kogoś, kto nie ma przeszłości, kogoś, kto będzie dla ciebie. – Serce ją bolało, gdy musiała powtarzać mu to wciąż i wciąż od nowa, a on nie dawał za wygraną. Być może była próżna, ale nie była głupia. Klątwa Fiodorowiczów zebrała swoje krwawe żniwo już zbyt wiele razy. Patrzyła na niego i chciała mu powiedzieć, chciała powiedzieć mu wszystko, ale jak zwykle po prostu stchórzyła. Był najlepszym aurorem jakiego znała i na pewno postąpi dokładnie tak, jak się tego spodziewała – będzie lekceważący, bo czym była dla niego jeszcze jedna klątwa – niczym! Bała się jego reakcji, bo po tylu latach może nie potraktować jej powodów poważnie, może się obrazić, a ona nie da sobie rady, jeśli miała go stracić na zawsze. Hrabina wiedziała, że przed klątwą nie było odwrotu, Merlin wie, że próbowała i wszystkie inne kobiety z jej rodu też próbowały, ale prędzej sama da się zabrać, niż odda jej Alastora.
– Gdybyś nie zauważyła, nie jestem najprzystojniejszym kandydatem. – Puścił jej rękę, nagle zażenowany tym, że tak się odsłonił. 
– Więc jestem twoją ostatnią szansą, to chcesz powiedzieć? – Specjalnie próbowała się pokłócić, ale jak zwykle nie dał się sprowokować. W jego zdrowym oku odmalowało się rozczarowanie.
– Chcę powiedzieć, że jestem zmęczony. – Wstał i przykuśtykał do niej. Wziął ją znowu za rękę i spojrzał na nią tak, że miała ochotę wyznać mu wszystko tu i teraz. Powstrzymała się. Jak zwykle. – Wóz albo przewóz, Dagmar. – Wciąż milczała. Czemu ciągle milczała! – Kobieto, dobrze wiesz, że poza tobą innej po prostu nie będzie!
Wyszarpnęła nagle dłoń i spojrzała w bok.
– Na tym polega twój problem, Al. Nie potrafisz odpuścić. – Zabrała torebkę i wyszła szybko z biblioteki. Straciła już rachubę, który to raz złamała im obu serca.
– Za to ty jesteś w tym po prostu świetna! – krzyknął za nią, kiedy już zniknęła mu z oczu.
Hrabina zniknęła w swoim pokoju, a Moody ruszył do kuchni, gdzie miał zamiar przeszukać wszystkie szafki dopóty, dopóki nie znajdzie sekretnego składziku bimbru Mundungusa. Zbyt długo i charytatywnie krył przed Dumbledore’em ten niecny biznesik Black&Fletcher sp. z o.o., więc czuł się więcej niż uprzywilejowany do degustacji towaru. Ku jego zdumieniu… Ktoś go uprzedził.
Przy stole siedział Remus Lupin, w stanie, w którym stary auror nie widział go jeszcze nigdy. Black dolewał przyjacielowi kolejną szklankę bimbru, a ten prosił wciąż o więcej i opróżniał jedną za drugą w zastraszającym tempie. Po drugiej stronie stołu siedział Mundungus, niewprawnie klepiąc nieszczęśnika po ramieniu.
– Do licha ciężkiego, co wy tu wyprawiacie?! – warknął Moody, ale po spojrzeniu zranionego szczeniaczka, którym uraczył go Lupin, spuścił nieco z tonu i usiadł obok Fletchera. Kiedy ten uprzejmie podsunął mu szklankę i zaraz ją napełnił, Szalonooki uznał, że równie dobrze może zostać i pocierpieć w towarzystwie. Wyraźnie coś się stało, a kim on znowu jest, żeby utrudniać ludziom topienie smutków w alkoholu.
– Kobiety, Lupin? – Spróbował znowu.
Black westchnął ciężko.
– W pewnym sensie… – wyjaśnił enigmatycznie, a Lupin wydał z siebie niekontrolowany jęk żałobny.
Moody wzruszył ramionami i łyknął bimbru. Z satysfakcją poczuł, że moc trunku jest bardzo zacna i wymownie podsunął Fletcherowi pustą szklankę, którą ten zaraz się zajął.
– Jeśli cię to pocieszy, to lepiej nie będzie – burknął auror i pokiwał smętnie głową. – One wszystkie są tak samo podstępne! Mamią cię, kochają cię, a potem…!
– A potem…! – potwierdził Lupin takim głosem, jakby miał się zaraz rozkleić. Stuknęli się z Moody’m szklankami i wypili jeszcze trochę. Po chwili zaczęli wznosić toasty, a potem… Cóż Syriusz i Dung mieli zrobić, no przecież nie zostawią kolegów w takim stanie! Trzeba się było dołączyć.
– Wypijmy za lepsze czasy, panowie! – zarządził Alastor niewyraźnie i rozlał następną kolejkę.
– Tak! – ożywił się pan domu i klepnął Remusa po plecach. – Remmy, do licha, mogło być gorzej! Mogłeś… Wylądować z panną i z dzieckiem! Na raz! Na przykład!
– Na przykład! – potwierdził Fletcher, pracując z zapałem nad zakrętką kolejnego baniaka bimbru.
– Lupin, naprawdę nie ma wstydu w zrobieniu pannie dziecka! Tonks to świetna dziewczyna! – Moody klepnął wilkołaka po plecach już któryś raz i to z taką werwą, że Remus zaczął rozważać, czy nie nabawi się siniaków.
– Ale… Ale to właśnie o to chodzi! To nie jest Dora!
– Oj – uznał elokwentnie auror i pokiwał głową, opróżniając kolejną szklankę. – No cóż… Przypuszczam, że to się zdarza, Lupin. Nie ty pierwszy i nie ostatni, choć ciebie podejrzewałbym najmniej…
– Merlinie i Godryku, przecież to się nie dzieje naprawdę! Jak to się mogło stać?! – Remus złapał się za głowę i zmierzwił swoje włosy jeszcze bardziej.
– Noo… Że tak powiem, Remmy… Czyżby ominęła cię pogadanka McGonagall na szóstym roku? Jak to leciało? Pióra i kałamarze…
– Łapa!
– Czuję się skarcony, Remusie. Milknę więc.
– Milcz.
Fletcher zachichotał pod nosem, a korek z baniaka z rozmachem uderzył w sufit. Mężczyźni podnieśli zbiorowy okrzyk zadowolenia i polały się następne kolejki.
– Przypuszczam, że nie jest to zachwycająca sytuacja, Lupin, ale jakoś sobie poradzicie.
– Ale…! On ma babcię! I jest przerażająca, szczerze mówiąc.
– To nie średniowiecze, chłopcze, żeby bać się starszych pań! Będzie dobrze! A poza tym Mugole wymyślili teraz takie świetne rzeczy, to się nazywa chyba pupersy…
– Ale on jest w Slytherinie, mój Boże!
– Nie desperuj, Lupin, nie predestynujmy dzieciaka!
– Alastorze! 
– Tak tylko mówię, to nie Szekspir, żeby tworzyć przepowiednie.
– On ma piętnaście lat, Alastorze – mruknął Dung, radośnie opróżniając resztkę z kieliszka Lupina, który wyraźnie miał dość alkoholu na dziś.
– Ach. To rozwiązuje nieco sprawę.
– Jak to? – W oczach Remusa rozbłysła nadzieja.
– No, wszystko dobrze i kolorowo Lupin, ale jak to Ślizgon, to zostawiłbym w spokoju. Nie dogadasz się.
– To mój syn! Nie zostawię tego tak teraz w takim… Rozgrzebaniu! – oburzył się niespodziewanie wilkołak, a w jedynym prawdziwym oku Moody’ego rozbłysły przebiegłe iskry doświadczonego manipulanta.
– O ile dobrze pamiętam, to do tanga trzeba dwojga, Lupin. Matka się nim zajmowała tyle czasu, a dzieci potrzebują stałości w środowisku, te sprawy…
– O to właśnie chodzi! Umarła w czerwcu. – Lupin ukrył twarz w dłoniach, a Syriusz znowu objął go opiekuńczo. 
– Jak się będziesz tak dalej zadręczać, to cię beatyfikują, stary. No, chodź. Masz już dosyć na dziś, co? – Poddźwignął go z miejsca i starał się wyprowadzić z kuchni, ale szło im trochę krzywo i ściągało ich na boki. Schody okazały się Mount Everestem.
– Cieszmy się, że nas te sprawy nie dotyczą, ech? – mruknął niemrawo Fletcher i rozlał im resztę bimbru, gdy już zostali w kuchni sami.
– Ta – odparł Moody, tak samo nieszczerze. Dochodziła północ i stary auror uznał, że i tak nie ma dokąd wracać.

**

Tatiana została ulokowana w Hogwarcie na trzecim piętrze, w tajemniczym pokoju ukrytym za wielkim lustrem, które nie odbijało niczego. Siostry przegadały prawie całą noc i nie mogły się rozstać, więc na razie postanowiły zabunkrować się w kwaterach Tatiany i siedzieć cicho, być może Snape ich nie wyda…? Anastazja nie miała najmniejszej ochoty wracać do bycia pustelnicą w zatęchłej rezydencji Blacków.
Mistrz eliksirów siedział tymczasem w Wielkiej Sali nad swoją nieprzyzwoicie czarną kawą i miał dużo większe zmartwienia: próbował nie zasypiać. Dumbledore zarządził zebranie rady pedagogicznej z samego rana i Postrach Hogwartu starał się być przytomny. No, na tyle przytomny, na ile człowiek może być, siedząc obok Sybilli Trelawney i słuchając jej nonsensów:
– …Severusie, naprawdę powinieneś mi dać sobie kiedyś powróżyć! Tarot skrywa… Wiele odpowiedzi na życiowe dylematy. – Profesor Trelawney zatrzepotała gwałtownie usmarowanymi tuszem rzęsami, a Snape zebrał całą swoją siłę woli, żeby nie krzywić się aż tak bardzo, jak miał na to ochotę. Łyknął swoją kawę, poparzył sobie język i miał ochotę zacząć przeklinać.
– Zastanowię się nad tym, Sybillo – wycedził sztywno. – Przepraszam na chwilę – odsunął gwałtownie krzesło i wyszedł z Wielkiej Sali tak szybko, że prawie się za nim kurzyło, a szaty nie zdążyły nawet dobrze i złowrogo zatrzepotać. Profesor McGonagall zajęła się swoją owsianką w zdecydowanie lepszym humorze.
– Czy powiedziałam coś nie tak? – rzuciła w eter szczerze zdumiona wróżbitka.
Tarot! Też coś! Co za brednie! Człowiek starał się od lat roztaczać wokół siebie aurę złożoności i naukowości eliksiralnej, a ona mu tu wyskakuje z tarotem, tak jakby mogło go to w jakikolwiek sposób dotyczyć! Rozkojarzony Snape krążył po korytarzach, a nogi same zaniosły go na trzecie piętro. Zorientował się w porę i, kręcąc z dezaprobatą głową, wrócił w stronę schodów, starając się trafić na czas do pokoju nauczycielskiego. Teraz nie miał głowy do użerania się z większą ilością irytujących kobiet. Załatwi to później. W końcu trafił, gdzie trzeba. I zaraz pożałował, że nie miał dobrej wymówki, by wyjść. Gdzie te zostawione na ogniu kociołki, kiedy są potrzebne!
– Ach! Oto nasza zguba. Dolores, to jest Severus Snape, mistrz eliksirów – przedstawił go dyrektor, gdy tylko Nietoperz zajął swoje stałe miejsce na samym końcu długiego stołu. 
– Miło mi – powiedział powoli i takim tonem, który sugerował wszystko, tylko nie przyjemność. Profesor Umbridge, dziś prezentując nieprzyzwoicie koszmarny sweterek w kolorze fuksji (którym, Snape był przekonany, najpewniej miała zamiar wypalić mu oczy, podła raszpla), odchrząknęła teatralnie i kiwnęła mu głową.
– Chciałabym się oficjalnie ze wszystkimi przywitać – oznajmiła słodkim do bólu tonem. – Mam nadzieję, że bardzo szybko zostaniemy dobrymi przyjaciółmi! – Potem padło mnóstwo słów na temat współpracy z Ministerstwem, wspaniałości Korneliusza Knota (Flitwick starał się nie ziewać) i konieczności napełniania wiedzą uczniowskich umysłów (co do tego mistrz eliksirów stracił zapał i nadzieję lata temu, ale zawsze miło było zobaczyć kogoś, kto jeszcze ma siłę się oszukiwać). Zebranie, tak jak się spodziewał, wyczerpało go psychicznie. Nawet McGonagall zaciskała usta bardziej, niż zwykle. Hm, czyżby w końcu on i jego koledzy w czymś się zgadzali? Severus był zaintrygowany. Być może ten dzień nie był jeszcze skazany na porażkę? Potem przypomniał sobie, że będzie musiał wykurzyć stąd upartą pannicę Hexwood z powrotem na Grimmauld Place i cała nadzieja na święty spokój prysła. Ruszył znowu na trzecie piętro, a potem przypomniał sobie, że nie zna hasła do pokoju. Zaklął pod nosem i przeszedł kilka razy w tę i z powrotem, nie zdając sobie sprawy, że jest obserwowany:
– Snape znowu tu łazi. Chyba nie dali mu hasła. – Tatiana zachichotała, a Anastazja wychyliła się do korytarza. Na jej usta wpełzł złośliwy uśmieszek. Mistrz eliksirów wyraźnie nie wiedział o zamku tyle, ile starał się dać do zrozumienia, że wie. Nie wiedział na przykład, że lustro nie odbijało niczego, ale zza niego widoczność na korytarz była doskonała.
– Niech się męczy – powiedziała do siostry i pociągnęła ją z powrotem do sypialni. – Nie opowiedziałam ci jeszcze, jak twój Weasley prawie schrzanił całą akcję u Gringotta!
Tatiana zmrużyła kocie oczy, mocno podkreślone kredką. Oznaki zmęczenia zniknęły z jej twarzy i zaczął jej wracać ognisty temperament, wyraźnie ponowne spotkanie podziałało na siostry zbawiennie.
– To nie jest mój Weasley! Wciąż go nie znoszę! Nie! Czekaj. Jest mi obojętny! – oznajmiła Tatiana, a Anastazja uśmiechnęła się wszechwiedząco. 
– Jasne. Wierzę ci.
– I dobrze! Bo to prawda! W ogóle mnie nie obchodzi, mam nadzieję, że utył i zrobił komuś dziecko!
– Jasne. On by zrobił komuś dziecko! Molly by mu nie pozwoliła.
– Nie bądź złośliwa! – Chciała odrzucić włosy do tyłu w desperackiej próbie odzyskania twarzy i okazania obojętności, ale jej ręka zawisła w powietrzu. Zawstydzona spojrzała w bok. Swoje piękne, rude włosy Tatiana miała dziś spięte w luźny warkocz i wyglądała tak szczególnie ładnie, choć wiązało się to z pewnymi ograniczeniami.
Siedziały razem na niepościelonym łóżku, Anastazja w za dużej koszuli z wczoraj, a jej siostra w uroczej, błękitnej sukience. Jak zwykle wyglądała, jakby była gotowa do wielkiego wyjścia, nawet jeśli nie miała zamiaru wychodzić nigdzie. Skoro temat Billa na chwilę został urwany, Ana zaczęła znowu bawić się różdżką siostry, próbując rzucić Avis, na co właścicielka zareagowała zaraz zniecierpliwionym prychnięciem:
– Ana! Zostaw! Wiesz, że nie lubię, kiedy to robisz! – Zabrała jej różdżkę, za co Ana pokazała jej język. Odchyliła głowę w tył, zwieszając ją poza ramę łóżka i patrząc do góry nogami na korytarz. Snape nadal miotał się za lustrem, oglądał ramę, stukał, pukał, macał i prychał jak rogogon węgierski.
– No, jeszcze trochę i zacznie ziać ogniem – uznała.
Tatiana wciąż wycierała różdżkę o sukienkę i ani na trochę nie przerywała teatralnego złoszczenia się: 
– Wiesz lepiej, niż ktokolwiek inny, że nie powinno się dotykać czyjejś różdżki! – perorowała. Anastazja przewróciła oczami. – Poważnie! Nie przewracaj na mnie oczami, Anastazjo Hexwood, to jest jak cudza talia tarota!
– Właściwie to mit. Jak ci idzie z nową talią? – Ana usiadła i związała włosy w nierówny węzeł, na co jej siostra zmrużyła niebezpiecznie oczy i zaraz odłożyła różdżkę, znajdując nowy temat do irytacji:
– Jak krew z nosa, chociaż wieczorami lepiej. Może powinnam z nią spać…? I naprawdę mogłabyś czasem używać szczotki! – Rozwiązała je szybkim szarpnięciem i odwróciła siostrę tyłem do siebie. – Merlinie, co za kołtuny! 
– Zostaw! – Ana próbowała się wyrywać. – To moje włosy!
– A ja jestem twoją siostrą i nie pozwolę ci tak wyglądać! – Złapała za różdżkę i zaczęła rzucać szereg zaklęć kosmetycznych, ale młodsza kobieta była mniejsza i uparta i wyślizgnęła się szybko. W efekcie pół głowy miała w splątanych kłębach włosów, a drugie pół – w idealnie lejących się, hollywoodzkich falach. Na ten widok Tatiana zaczęła głośno chichotać, aż łzy poleciały jej z oczu. Brunetka, oczywiście, nie była zachwycona i patrzyła na nią wzrokiem, który mógł zabijać.
– O Merlinie, Ana! Popłakałam się… – wyjęczała w końcu słabo. Anastazja przewróciła oczami, związała włosy nierówno na czubku głowy i rzuciła się z powrotem na łóżko.
– Wiesz, on nadal się tam kręci. Uparty jest. – Tatiana wychyliła się na korytarz. – A tak z innej beczki, to jak go namówiłaś, żeby cię tu przyprowadził? 
– Długa historia. – Wyraźnie unikała tematu, więc jej siostra zrobiła się jeszcze bardziej podejrzliwa.
– Pewnie będzie ci kazał wracać…
– Pewnie tak. – Jęknęła głucho i zasłoniła ręką oczy. – Ponowne i codzienne unikanie Molly Weasley i jej ćwierkania na temat ideału jakim jest jej najstarszy syn, jak cudownie! 
Tatiana odchrząknęła i odczekała dokładnie dwie i ćwierć sekundy, zanim wypaliła:
– A Bill… Nadal nosi długie włosy? – Spojrzała na swoje paznokcie. Ana zerknęła na nią jednym okiem i wyszczerzyła zęby.
– Taaak. Ma nawet jeszcze dłuższe, niż w szkole. I ma kolczyk. Podejrzewam też tatuaż.
– Ugh. Nie znoszę mężczyzn z tatuażami!
– Kłamczucha.
– Nie, to prawda! Nie znoszę. Wiesz, że co siedem lat zmienia się gust?
– Wątpię, ja już zawsze będę nienawidzić śledzi, a ty będziesz kochać rudzielców!
– Dorośnij! – Pacnęła ja poduszką.
– Nigdy! – Zaraz jej oddała. Zerknęła znowu na korytarz. – Ha! Ale się męczy! Zawołał skrzaty!
Tatiana się na niej położyła i też się wychyliła.
– Au! Złaź ze mnie, słonico!
– Jak śmiesz! Ostatnio schudłam! Ze stresu.
– Sresu chyba! – Klepnęła ją w tyłek i wstała. Zgarnęła papierosy z kieszeni leżących na dywanie dżinsów, a Tatiana zaraz wyrwała je z jej ręki szybkim Accio.
– Hej!
– Nie smrodź mi tu! – Schowała papierosy pod poduszkę. 
– Od kiedy niby rzuciłaś?!
– Od kiedy niby zaczęłaś?
Mierzyły się chwilę spojrzeniami, aż w końcu Ana pierwsza dała za wygraną. Tatiana uśmiechnęła się triumfalnie.
– Poza tym to szkodzi na cerę. Nie mogę przegapić mojej jedynej szansy zrobienia ponownego wrażenia na tym kretynie! Kiedy już mnie stąd wypuszczą, to znaczy.
– Jakim kretynie? O. Ha! – Pokazała ją palcem. – A jednak! William Weasley ponownie żywy!
– Nie bądź dziecinna!
– Przepraszam, miałam zamiar powiedzieć: wiecznie żywy w pamięci twego serca…!
– Ana!
– Ha! Wiedziałam! Wiedziałam! Prawie każdy twój facet był rudy, ty… Fetyszystko!
– To nie ma nic wspólnego z fetyszami! – Tatiana zadarła nos do sufitu, a Anastazja próbowała wygrzebać papierosy spod poduszki. – Poza tym on nie jest w moim typie! Marna kopia Indiany Jonesa.
– Jeśli pamięć mnie nie zawodzi, to…
– Zawodzi!
– … pamiętam jak się rozpływałaś nad Harrisonem i jego…
– Ana!
– … pejczem.
Znowu dostała poduszką.
– Jeśli cię to pocieszy, to ten kompletny nerd zajarał się na widok starego miecza jak choinka, porwał go ze sobą do Ministerstwa i teraz pewnie w ekstazie rozkłada go na czynniki pierwsze, więc możliwe, że jest aseksualny. – Wzruszyła ramionami i usiadła obok siostry. Tatiana spojrzała na nią szybko.
– Miecz? Jaki miecz?
– Jakiś wikiński szmelc – podłożyła ręce pod głowę. – Podobno umie przeciąć wszystko.
– Może chcą Voldemorta oskalpować?
– Może.
– I powieszą go w hallu na Grimmauld razem z tymi paskudnymi głowami skrzatów?
Ana zaśmiała się ochryple.
– Tęskniłam za tobą!
– Wiem.

**

– Panno Hexwood. – Tatiana prawie wyskoczyła ze skóry, zanim przypomniała sobie, że nie jest już uczennicą i jedwabisty ton Snape’a za jej plecami nie powinien wywoływać u niej zawału serca i nerwicy. Odwróciła się od okna, dmuchnęła dymem i pomachała ręką przed swoją twarzą, wyrzucając niedopałek przez okno i próbując zatuszować wszystko boskim uśmiechem numer pięć.
– Profesorze!
Skinął jej głową i uśmiechnął się z satysfakcją. Przynajmniej jedna na jego widok wyskakiwała ze skóry, jeszcze nie stracił talentu.
– Czy twoja irytująca siostra zamierza mnie unikać do końca życia?
– Słucham? – Brwi podjechały jej do połowy czoła i szybkim ruchem zgarnęła z parapetu swoje karty tarota. Snape, nawet jeśli zauważył, że na obrazkach figur byli nadzy ludzie, to postanowił tego nie komentować. Podchodził do wróżbiarstwa z coraz większą rezerwą, a wróżbiarstwo dzisiaj wybitnie nie chciało dać mu spokoju.
– Nie taka była umowa. Proszę jej o tym przypomnieć – skinął jej oschle głową, z zamiarem odejścia.
– Profesorze! Dlaczego właściwie zgodził się pan ją tu przyprowadzić? – zapytała szybko.
– To znaczy? – Rozważał powoli słowa w myślach, czując, że konwersacja zmierza ku niebezpiecznym tematom.
– To znaczy, że to niewątpliwie była przysługa. – Przysunęła się do niego bliżej, świdrując go wzrokiem.
– Jeśli…
– Nie – ubiegła go. – Ja nic nie sugeruję, ale faktem jest, że zachowuje się pan… Dziwnie.
– Dziwnie? – Jego głos stał się niemal mruczący, a Tatiana poczuła, że nie podoba jej się jego coraz bardziej złowrogi ton. Powstrzymała się ledwo od ucieczki. Ten facet może i był złowrogim Nietoperzem z Lochów, ale do cholery, nie był już jej profesorem, nie musiała się go bać! Chociaż plotki o jego znajomości czarnej magii były zawsze wszechobecne, mógłby w nią miotnąć Salazar wie czym… Nie, no ale chyba nie miotałby klątwami w Ślizgonkę? Wyprostowała się bardziej, pocieszona tą myślą.
– Panno Hexwood…
– Profesorze – przerwała mu – nie jestem już uczennicą. Jestem przede wszystkim kobietą, dwukrotną rozwódką i jej starszą siostrą. Widzę pewne rzeczy trochę wyraźniej, proszę o tym pamiętać. A teraz życzę miłej nocy. – A co, ona też mogła go postraszyć! Po jego nietęgiej minie zobaczyła, że chyba jej się udało, bo zbliżył się do niej, świdrując ją wzrokiem i próbując onieśmielić, ale tym razem się nie dała. 
Uśmiechnęła się w ten swój szczególny, psotny sposób, który upodabniał ją do elfa, odwróciła się na pięcie i poszła w stronę korytarza prowadzącego na trzecie piętro. Szelma doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak majestatycznie jej włosy powiewają podczas szybkiego marszu, więc w tej koncentracji na próżności nie zwróciła wcale uwagi na dziwną lekkość swojej kieszeni.

**

– No dobrze… – Severus usiadł w skupieniu przy biurku, upewnił się, że jest w gabinecie całkowicie sam i przysunął do siebie (dyskretnie ukradziony, ale przecież nikt nie musiał wiedzieć) czarny, aksamitny woreczek, modląc się (prawdopodobnie do jakiegoś boga od spraw beznadziejnych), żeby nikt go na tym haniebnym czynie nie nakrył. Merlinie, robił w życiu wiele paskudnych rzeczy, z których nie był dumny, ale to przekraczało już chyba wszelkie pojęcie! Ostrożnie odwinął sznurek, wyjął talię tarota i przetasował dokładnie, po czym, wciąż z pewnym wahaniem, rozłożył na stole jedyny układ, który pamiętał z lekcji wróżbiarstwa zanim uznał je za boleśnie bezużyteczne i porzucił na rzecz starożytnych run. To, co zobaczył w kartach, sprawiło, że po raz pierwszy w życiu zastanowił się, czy może skreślenie tego przedmiotu tak definitywnie nie było przypadkiem zbyt pochopne.
– No kto by pomyślał… – powiedział sam do siebie. Ostrożnie odłożył karty do szuflady, oczywiście z silnym postanowieniem dyskretnego podrzucenia ich rano do pokoju za lustrem (na co mu podobnie idiotyczne akcesoria!), i obrzucił paroma zaklęciami, które miały dopilnować, by nikt się nigdy nie dowiedział, że kiedykolwiek ich dotykał. Severus Snape od dawna nie spał tak niespokojnie, jak tej nocy.






__________________________

1Steven Wright

4 komentarze:

  1. Przeczytałam już rano na wykładzie, ale zapomniałam skomentować XD Bardzo niepokojąco, trochę bardziej statycznie, ale i tak świetnie. Twój styl jest tak lekki i realistyczny, że mam wrażenie, że w ogóle się nie zastanawiasz podczas pisania, tylko to robisz. To nie brzmi jak komplement, ale uwierz mi, to jest komplement! XD

    [w-cieniu-pozogi.blogspot.com]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. <3 dziękuję za komentarz! Właściwie to odkąd postaci wylazły i gadają za moimi plecami co mam pisać dalej… To nie, nie muszę się zastanawiać xD

      Usuń
  2. Oj, byłam pewna, że już to komentowałam...
    Jak wiesz, kocham hrabinę i siostry, ale muszę Cię rozczarować - powoli Tatiana wyrasta na moją ulubienicę :) Brakowało jej tu, oj, brakowało, tym bardziej, że jej pojawienie się jak nic sugeruje... Tadam! Dręczenie Billa, który jako jedyny nie był tutaj ostatecznie udręczony! Dręcz hot Billa i nie żałuj mu skór i tatuaży, mrau.
    Z inszych inszości - perełką była scena powszechnego męskiego pijaństwa, ale to też żadna tajemnica, że pisanie scen obłędnego pijaństwa stanowi najwyższą autoreczkowatą przyjemność! Więc oby tak dalej! Myślę, że po zakończeniu HP, jakie nam zaserwowała Joaśka, wszystkie postaci kanoniczne powinny tylko pić na umór, bo co innego im pozostało?
    A teraz, ponieważ błądzę w dygresję, odmeldowuję się :)

    Ukłony!

    P.S. Kwik!
    – Poza tym on nie jest w moim typie! Marna kopia Indiany Jonesa.
    – Jeśli pamięć mnie nie zawodzi, to…
    – Zawodzi!
    – … pamiętam jak się rozpływałaś nad Harrisonem i jego…
    – Ana!
    – … pejczem.
    Znowu dostała poduszką.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ile razy jeszcze muszę udowadniać, że nie jestem robotem? Grr!

    OdpowiedzUsuń