Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

niedziela, 19 kwietnia 2015

Rozdział jedenasty

Kochani moi! Wpadłam do Was znowu na szalonej chmurze Wena, proszę mnie nie bić i pamiętajcie, że ten fanfik to po prostu moja piaskownica, hm? Bawcie się przy czytaniu, bo ja przy pisaniu na pewno bawię się świetnie, co widać na załączonym obrazku ;)


Dobry, brzydki i zły

Hermiona przyjechała z rodzicami na dworzec King’s Cross i zaraz rozejrzała się w poszukiwaniu Harry’ego i Rona. Nie zauważyła jednak nikogo znajomego, więc pożegnała się pospiesznie i ruszyła żwawo w stronę barierki między peronem dziewiątym i dziesiątym. Czerwony pociąg do Hogwartu stał już na stacji, wszędzie kłębiła się para i panował ogólny rozgardiasz. Panna Granger, pchając przed sobą wózek i rozglądając się na boki, próbowała sobie przypomnieć, czy zapakowała w końcu pastę do zębów (mama przypominała jej o tym cały weekend) i czy nie zapomniała z Grimmauld Place swojego podręcznika do numerologii. Cóż, nawet jeśli zapomniała, to być może będzie po prostu mogła wysłać sowę do Syriusza… Albo do Anastazji. 
Małomówna, najnowsza członkini Zakonu wzbudzała w Hermionie mieszane uczucia, ale przede wszystkim młoda czarownica czuła z nią pewne pokrewieństwo dusz. Choć może po prostu chciała wiedzieć to, co ona? Mądrzy ludzie zawsze interesowali ją bardziej, a kiedy Anastazja rozmawiała z nią o numerologii, była jakby w transie, nieobecna i pochłonięta objaśnianiem sposobów na rozbijanie klątw i modyfikacji rdzenia. Panna Granger uwielbiała takie osoby. Żałowała, że zajęcia profesor Vector nie są ukierunkowane bardziej praktycznie. Spacerowała tak wzdłuż torów i myślała, zastanawiając się gdzie, do licha, podziewali się Harry i Ron. Rozglądała się nadal na boki, aż w końcu ulokowała bardziej pod ścianą, uznając, że najwyraźniej jeszcze nie przyjechali. Jakież było jej zdumienie, gdy zorientowała się, że ktoś inny i całkiem nieoczekiwany również stoi na peronie. I straszy uczniów samą swoją obecnością. 
– Profesorze Snape – przywitała się nieśmiało, stwierdzając, że lepiej być grzeczną, niż, jak większość, udawać, że go nie widzi. Reszta uczniów obchodziła Snape’a wręcz szerokim łukiem, ewidentnie ustaliwszy między sobą, że pierwszy września jeszcze się nie zaczął, ergo – panowanie Snape’a na korytarzach Hogwartu jeszcze nie uzyskało mocy prawnej.
Nietoperz kiwnął jej tylko głową, nie zaszczycając nawet spojrzeniem. Skrzyżował ręce na piersi i mrużył oczy przed słońcem, próbując jednoznacznie ustalić, czy wypada mu zapalić, czy nie. Hermiona zauważyła, że stojący obok niego mężczyzna, którego nigdy dotąd nie widziała, nie zajmował się podobnymi dylematami i palił jednego za drugim. Przyjrzała się nieznajomemu uważnie, ale nie mogła skojarzyć jego twarzy. Był wysoki, prawie tak wysoki jak Snape, o śniadej cerze i długich blond włosach, związanych z tyłu. Spod podwiniętego rękawa koszuli wystawał spory tatuaż. Mrugnął do Hermiony łobuzersko, kiedy zobaczył, że mu się przygląda. Snape zauważył to zaraz i posłał jej ostre spojrzenie.
– Panno Granger. Czy możemy w czymś pomóc? – wycedził.
Panna Granger, czerwona jak piwonia, szybko popchnęła wózek dalej, pospiesznie oddalając się na drugi koniec peronu.
– Musisz? – Usłyszała jeszcze jak Snape warczy na drugiego mężczyznę z wyraźną irytacją.
– Wyluzuj się, Snape – odparł tamten wesoło. – Za ładna dziś pogoda na twoje ponuractwo!
Hermiona znalazła w końcu z ulgą Harry’ego, głównie dzięki temu, że stał razem z płomiennorudymi Weasleyami.
– Hermiona! – Ginny pomachała jej z daleka i uściskała ją na przywitanie. – Jak tam weekend u rodziców?
– Całkiem w porządku, chociaż mama cały dzień ganiała mnie do grządek i… A właśnie, Ron! Mam list dla twojej mamy, dasz go Śwince? – Podała mu kopertę, a Ron schował ją niedbale do kieszeni. Hermiona wróciła do rozmowy z Ginny, chociaż wciąż przyłapywała się na tym, że raz po raz zerka do tyłu na mistrza eliksirów. Zastanawiała, co u licha Snape robi w podobnym towarzystwie (co Snape robi w towarzystwie w ogóle) i kim jest jego (bardzo przystojny!) znajomy.
– Hermiona? – Ron w końcu zauważył jej rozkojarzenie, a ona zorientowała się, że ktoś coś do niej mówił. Harry. Wyciągał w jej stronę gruby tom do numerologii.
– Zapomniałaś go z Grimmauld Place – wyjaśnił cierpliwie po raz drugi.
– O, dziękuję! – Objęła książkę i przycisnęła do siebie, nadal marszcząc brwi.
– Hermiono?
– Hm?
– Za chwilę buchnie ci para z uszu. O czym tak myślisz? – Harry położył jej rękę na ramieniu, a potem zauważył dokąd wędrował jej wzrok. – A. Snape? Też jestem ciekaw, co tu robi…
– Też nie wiem! Nie dość, że siedział w wakacje na Grimmauld Place, to jeszcze czai się na peronie! A już miałem nadzieję, że nie będziemy go widzieć aż do poniedziałku. – Ron sapnął z irytacją.
– Chrzanić Snape’a! Kim jest ten obok? – zapytała żywo Ginny, wyciągając szyję do góry. Widocznie nie ona jedyna, większość naturalnie zauważyła już wyżej wymienionego, ale jego nieznany dotąd nikomu towarzysz wzbudzał dużo większe poruszenie. Opierał się nonszalancko o mur, palił kolejnego papierosa i puszczał czasem oczka do przechodzących obok uczennic, wywołując niekontrolowane napady rumieńców i chichotów. Snape raz po raz rzucał mu karcące spojrzenia wróżące jego nagły zgon i ogólnie paskudny koniec, ale blondyn wyraźnie miał to w nosie. Najwyraźniej dobrze się znali, bo mało kto lekceważył mistrza eliksirów i wychodził z tego cało.
– Właśnie nie wiem – mruknęła Hermiona. – Znacie go? – zapytała Harry’ego i Rona, którzy pokręcili przecząco głowami.
– Jakiś kretyn – burknął Ron, który miał wiadomy stosunek do wszystkich mężczyzn, w kierunku których Hermiona chociażby zerkała, a potem starał się zmienić temat i zaczął rozprawiać o nadchodzących rozgrywkach Quidditcha. Wtedy podeszli do nich Neville i Luna. 
– Hej! – przywitała ich wesoło Ginny, ignorując na chwilę domysły Rona na temat tegorocznej strategii drużyny Ślizgonów. – Jak tam wakacje?
– W porządku – odparł Neville i postawił kufer na ziemi, nieomal spuszczając go sobie na nogi. – Uch! Przepraszam – rzucił odruchowo w eter, gdy tymczasem Luna założyła na nos przedziwne okulary i spojrzała przez nie na Snape’a.
– Czy widzieliście ile on ma nad sobą rogatków? – powiedziała, marszcząc brwi.
– Och… Tak, to jest Luna Lovegood – rzuciła Ginny w stronę Rona, Harry’ego i Hermiony, którzy skinęli uprzejmie głowami jak na komendę, przyglądając się dziwnej koleżance.
– Nieprawdopodobne! Nigdy nie widziałam tylu w jednym miejscu… – ciągnęła dalej krukonka rozmarzonym głosem.
Wszyscy umilkli, czekając w napięciu na dalsze wyjaśnienia, ale kiedy nie nadeszły, Neville zapytał cicho:
– Rogatków?
Luna spojrzała na niego, jak gdyby to, co powiedziała było oczywistą oczywistością.
– Nie widziałeś nigdy rogatków? Och, no tak! Patrz! – Założyła Neville’owi na nos dziwaczne okulary i odwróciła go w stronę Snape’a. – Widzisz? Latają mu wszędzie nad głową. Nic dziwnego, że jest taki zirytowany.
Chłopak zmrużył oczy i zmarszczył nos. Nie wiedział, co powiedzieć i na szczęście nie musiał, bo Ginny pokazała na wiszący na ścianie wielki zegar i krzyknęła:
– Chodźcie, zaraz odjedzie! Wsiadamy, zanim nam pozajmują przedziały!
Wszyscy zebrali swoje rzeczy i wsiedli pospiesznie. Snape i jego kolega poszli na początek pociągu, wsiedli do pustego przedziału, a nikt też jakoś się specjalnie nie kwapił, by do nich dołączyć.
– Widzę, że świetnie się bawisz – wycedził mistrz eliksirów, kiedy już rzucił wokół nich Silencio. Blondyn wyszczerzył zęby w łobuzerskim uśmiechu, nic sobie z jego irytacji nie robiąc.
– Istotnie.
– Nie sądzę, żebym mógł cię czymś przekonać do zaprzestania tych idiotycznych zachowań?
– Nie. Naprawdę wątpię, żebyś miał coś interesującego na wymianę.
– Tak, już to gdzieś słyszałem. – Snape wyraźnie uznał rozmowę za zakończoną i spojrzał wymownie w okno.
– Rozchmurz się, Snape! Nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę, że mogę się znowu przejechać tym pociągiem. Teleportacja jest w sumie nudna. – Położył długie nogi na przeciwległym miejscu, a mistrz eliksirów zerknął karcąco na ciężkie, czarne buciory, które brudziły czerwone obicie. Jego towarzysz zignorował go kompletnie i podłożył ręce pod głowę, świdrując go wzrokiem.
– Muszę ci powiedzieć, że to bardzo interesujące uczucie. No i chyba muszę podziękować! – Uśmiechnął się znowu łobuzersko. – Od kogo wziąłeś… składniki?
– Nie twój interes. – Zaczynał żałować, że nie wziął ze sobą książki. Albo lepszego towarzystwa. Dlaczego w ogóle zgodził się na podróż pociągiem? Do jasnej cholery, co za utrapienie! 
– Naprawdę? A mi się wydawało, że raczej wręcz przeciwnie… – Przesunął z zainteresowaniem ręką po swoim tatuażu, jak gdyby oglądał go po raz pierwszy.
Skaranie boskie z tym cholernym…! Wszystkim! Czemu nie mogli się teleportować?! No, teraz już za późno. Pociąg ruszył, a Snape był skazany na trzy godziny tortur (paplania). Doprawdy, Voldemort i jego zebrania to przy tym jak wypad na dobry film!

**

W tym roku przemowa Dumbledore’a przed wielką ucztą była naprawdę krótka, choć bynajmniej z braku chęci czy weny. Nowa nauczycielka obrony przed czarną magią, w obrzydliwym różowym sweterku, weszła mu bezczelnie w słowo i ciągnęła swoją tyradę tak długo, że większość uczniów (i nauczycieli, choć ukrywali to zdecydowanie lepiej) albo się zgubiła, albo z premedytacją skierowała swoje myśli na ciekawsze tory: kto najwięcej przytył w wakacje, kto dostał nową różdżkę, czy Harry Potter naprawdę zwariował po Turnieju Trójmagicznym, a przede wszystkim – dlaczego Snape jechał z nimi pociągiem i kim był jego (po pierwsze bardzo przystojny) tajemniczy znajomy? Nikt dotąd nie przypuszczał, że Snape może mieć jakichkolwiek, od tego zacznijmy. 
Hermiona złapała się na tym, że zamiast słuchać przemowy profesor Umbridge, wypatruje blondyna przy stole nauczycielskim, ale niestety. Poza nową nauczycielką skład był dokładnie ten sam, co zawsze. 
– Też jestem ciekawa, gdzie się podział – mruknęła do niej Ginny konspiracyjnie. 
Hermiona poczerwieniała nieco, ale uznała, że nie ma sensu ukrywać jej jawnego zainteresowania, skoro większość uczennic robiła to samo, co ona.
– Widziałyście go? – Angelina Johnson przysunęła się bliżej. – Ale przystojniak! 
– Już miałam nadzieję, że to on będzie nowym nauczycielem obrony… – Westchnęła z żalem Parvati Patil. 
– Tak, zamiast tego mamy ropuchę w angorze – mruknęła Ginny.
– Ginny! – syknęła Hermiona karcąco, ponieważ – koszmarna czy nie – Umbridge wciąż była profesorem. Angelina zachichotała. 
– Ty złośliwa wiedźmo – mruknęła Katie Bell, starając się nie śmiać.
– Widziałam go przy Wielkich Schodach, rozmawiał z portretem Puszkina. – Ginny była z siebie wyraźnie zadowolona i nic sobie nie robiła z oburzenia Hermiony, która wróciła do udawania, że słucha profesor Umbridge. 
– Przecież on mówi tylko po ros-…! Och! – Angelina, o ile to możliwe, rozmarzyła się jeszcze bardziej.
Tymczasem, po zorientowaniu się, że zainteresowanie jej słowami jest mniejsze niż znikome, Dolores była zmuszona ustąpić woli ogółu, Dumbledore życzył wszystkim smacznego i wszyscy zajęli się jedzeniem. Gryfonki na chwilę porzuciły poprzedni temat, a Hermiona zaczęła się zastanawiać nad lekcjami i nowym planem zajęć.
Powrót tajemniczego blondyna nastąpił na trochę przed ciszą nocną i, czego można się było spodziewać, przy wejściu do lochów, ku generalnej uciesze Ślizgonek, które właśnie kierowały się do Pokoju Wspólnego. Otworzył przed nimi szarmancko drzwi, uśmiechając się w czarujący sposób. Zszedł z nimi do lochów, wyraźnie podbudowując swoje ego ich pełnymi zainteresowania spojrzeniami. Pożegnał się przy gabinecie Snape’a, gdzie czekał na niego zniecierpliwiony mistrz eliksirów.
– Gdzie się szwendasz?! – syknął i wepchnął go wręcz do środka, po czym zmierzył uczennice surowym spojrzeniem. Po zorientowaniu się po ich mundurkach, że o odejmowaniu punktów nie może być mowy, warknął tylko, żeby pospieszyły się przed ciszą nocną i trzasnął drzwiami.
W środku, w fotelu przy kominku, siedziała Tatiana, trochę chudsza, z podkrążonymi z niewyspania oczami, ale wciąż piękna jak zawsze. Spojrzała pytająco na Snape’a, gdy nagle blondyn podszedł do niej i uściskał ją szybko.
– Tat! 
Został jednak gwałtownie odepchnięty, a panna Hexwood prychnęła jak wściekła kotka.
– Co to ma być?! Kim jesteś, do cholery?! Co robisz?!
Mężczyzna spojrzał po sobie, a potem jak gdyby się o czymś zorientował i cofnął.
– A, no tak… To jeszcze chwilę potrwa, co? – zwrócił się w kierunku Snape’a, który był wyraźnie tym wszystkim zniecierpliwiony i nie zaszczycił go żadną odpowiedzią. Dokładnie w tym momencie, jak gdyby zgodnie z planem (a znając mistrza eliksirów mogło tak właśnie być) rysy twarzy, a potem całe ciało impertynenckiego jegomościa zaczęły się rozmywać i zmieniać. Tatiana odsunęła się pod ścianę, zasłaniając dłońmi usta z przerażenia. Snape ze stoickim spokojem nalał sobie Ognistej Whisky.
Po chwili tuż przed nią stała jej młodsza siostra, w za dużej koszuli i podtrzymując obiema rękami opadające, męskie dżinsy. Tatiana czuła, że albo zemdleje, albo zaraz zacznie krzyczeć.
– Hej Tat… – Uśmiechnęła się niepewnie. 
– Ana! Ty pieprzona wariatko! – Anastazja najpierw dostała po głowie, a potem została uściskana. – Dostałam przez ciebie zawału, Merlinie! Cholera jasna! 
– Tat… Dusisz!
– I dobrze ci tak! 
Snape przewrócił oczami i zajął, teraz wolny, swój ulubiony fotel przy kominku, ignorując siostry, które jednak nie zamierzały ignorować jego. Kiedy przestały się ściskać, Tatiana wzięła go za rękę i potrząsnęła nią intensywnie, a on prawie wylał zawartość swojej szklanki na podłogę. Nie był zachwycony.
– Profesorze, dziękuję! Tak bardzo dziękuję! Jest pan…! Pan po prostu…!
– Panno Hexwood, nie trzeba – wycedził, a ona puściła szybko jego rękę. Spojrzał na dłoń, zastanawiając się, czy wypada ją wytrzeć o szaty. Anastazja szczerzyła się do niego za plecami siostry, a jego zirytowane spojrzenia wyraźnie na nią nie działały. Niech to! Ta kobieta to zaraza!
– Profesorze, nie musiał pan, ale…! Och! – Tatiana znowu przytuliła siostrę, a ta prawie upuściła podtrzymywane dżinsy. Zrobiła się cała czerwona, nie bardzo chciała stanąć przed Snape’em w samych majtkach. Severus również miał dosyć i wyraźnie uznał, że otacza go stanowczo za duże stężenie miłości i pisków. Wstał, wrzucił do kominka trochę proszku Fiuu i wezwał z kuchni skrzata domowego.
– Słuchaj, bo to niezwykle ważne. – Skrzat, wyraźnie wypchnięty przez kolegów do odebrania wezwania (prawdopodobnie wyciągnął najkrótszą zapałkę), skłonił się tak nisko, że jego uszy klapnęły o podłogę.
– Gmyrek słucha, profesor Snape – oznajmił uniżenie.
Siostry poczuły falę współczucia wobec nieszczęsnego stworzenia, Snape widocznie nie pałał do skrzatów wielką sympatią. Choć z drugiej strony… Do czego pałał?
– Zaprowadzisz te dwie – machnął ręką w stronę sióstr – do pokoju na trzecim piętrze. Tego za lustrem. – Gmyrek pokiwał gorliwie głową. – Nikt nie może was zobaczyć – zaznaczył Snape, a stworzenie znowu potwierdziło energicznym machaniem głową, że rozumie. – Świetnie. Odmaszerować! – Snape zapadł się bardziej w fotelu, wpatrując teraz surowym wzrokiem, dla odmiany, w trzaskające w kominku płomienie. Tatiana wzięła skrzata za rękę, ewidentnie chcąc znaleźć się jak najdalej od swojego byłego Opiekuna Domu. Sympatia sympatią i wdzięczność wdzięcznością, ale nie był on jej ulubioną osobą na świecie. Szczerze mówiąc zawsze ją trochę przerażał. Nie wyobrażała sobie nawet, jak uczniowie spoza Slytherinu dają sobie z nim radę… Pewnie nie dają.
– Idziesz? – zapytała siostrę i złapała za klamkę.
– Tak, tak. – Ana podciągnęła jeszcze raz spodnie i zaszurała za dużymi butami, a kiedy Tatiana zniknęła za drzwiami, podeszła do Snape’a i pocałowała go w policzek. Odwrócił się do niej oburzony jak oblany wodą kot, a szklanka z alkoholem roztrzaskała się u jej stóp. Anastazja pokręciła tylko głową.
– Dzięki, Snape – uśmiechnęła się i wyszła, zanim gwałtowne zaklęcie zamknęło za nią drzwi z koszmarnym hukiem.
– Co to było? – zdumiała się Tatiana.
– Nie wiem, wyraźnie chciał zostać sam. – Anastazja wzruszyła ramionami.
Tego wieczora Severus opróżnił prawie pół butelki whisky.
**

tego samego dnia, kilka godzin wcześniej
Remus obudził się wcześnie rano, stanowczo za wcześnie, i rozejrzał nieprzytomnie po mieszkaniu, jeszcze nie wiedząc do końca, co go obudziło. Po pełni na pewno nie nastawiał sobie budzika, nie był przecież masochistą. Po chwili się zorientował. Ktoś pukał do drzwi i nie dawał za wygraną. Powoli wyplątał się z kołdry i boso ruszył do drzwi. Tam czekała go niemała niespodzianka. Zwykle uprzejmy i zawsze na miejscu, Remus po raz pierwszy od dawna nie wiedział, co powiedzieć. Przed nim w progu stał chudy nastolatek, z rozwichrzoną czupryną szaro-blond włosów, z jednym okiem zielonym, drugim piwnym i dzikim uśmieszkiem na ustach. 
– Cześć, tatuśku! – powitał go, stanowczo zbyt entuzjastycznie jak na tak wczesną porę, i wbił się do mieszkania, ciągnąc za sobą obszarpany kufer i klatkę z potępieńczo wydzierającym się stworzeniem (po głębszej konsultacji ze swoim bardzo czułym nosem, Remus musiał skonstatować, że był to bardzo wyliniały i bardzo niezadowolony z życia kot).
– Ale… Że co proszę?! Młody człowieku, natychmiast proszę mi wyjaśnić o co chodzi, co to za… Co ty sobie wyobrażasz?! Gdzie się pakujesz?! – W Lupinie odezwał się, trochę poniewczasie, poważny dorosły i pedagog, co na chłopaku zrobiło dokładnie zerowe wrażenie. Rozejrzał się po mieszkaniu i wypuścił kota z klatki, który zaraz z dzikim wrzaskiem ukrył się pod łóżkiem.
– Ale nora – uznał i usiadł w rozbebeszonej pościeli. Stary materac jęknął pod nim potępieńczo. – Nie zaproponujesz mi nawet herbaty? – zapytał, wciąż z tym samym paskudnym uśmieszkiem.
– Ja… Co?! – Remus zgarnął z krzesła bluzę i włożył ją szybko, orientując się z zażenowaniem, że ma na sobie tylko spodnie od piżamy. – Kim jesteś, do cholery?!
– Twoim synem, Einsteinie. – Chłopak wyciągnął przed siebie patykowate nogi w brudnych trampkach i ziewnął teatralnie. – Teodor Turner. Chociaż teraz może Teodor Lupin? Sam już nie wiem… Teddy Lupin brzmi jakoś dziwnie, nie sądzisz? Tato. – Prowadził chaotyczny monolog, podczas gdy na twarzy Remusa odmalowało się kolejno jeszcze większe zdumienie i przerażenie. Opadł powoli na krzesło, otworzył usta, a zaraz potem je zamknął.
– Co?
– Och, no! Einstein! Taki mugolski…
– Wiem, kim był Einstein! – warknął Remus, a potem przymknął oczy, by zaraz wznieść je do sufitu. – Turner – powiedział w końcu cicho, tak cicho, że sam nie wiedział, czy naprawdę się odezwał. Czy znał kogoś o takim nazwisku? Było na tyle popularne, że miał co najmniej kilku kumpli o nazwisku Turner… Kiedyś znał też jedną dziewczynę, dawno temu. Konkretnie… Konkretnie piętnaście lat temu. Czy to możliwe?
Chłopak przewrócił różnokolorowymi oczami, wyraźnie zniecierpliwiony jego milczeniem, i ostentacyjnie spojrzał na zegarek, gdy tymczasem jego paskudny kocur pomrukiwał złowrogo spod łóżka. Wyraźnie dorwał tam coś ciekawego. W brudnej kawalerce Remusa było to więcej, niż prawdopodobne.
– Taaa… Chciałbym pogadać, naprawdę. Piętnaście lat, tyle do nadrobienia, ulubione zespoły muzyczne, wspólne śniadania, te sprawy, ale tak w sumie wpadłem tylko, bo nie ma mnie kto odwieźć na King’s Cross.
– King’s Cross? – Lupin czuł, że chyba zaraz oszaleje. – Chodzisz do Hogwartu?!
Teodor spojrzał na niego cierpko, a wilkołak zaczął świdrować go wzrokiem, wyraźnie szperając w pamięci. Na Merlina, nie pamiętał go! Ale z drugiej strony to było dwa lata temu i miał pod swoją opieką dobre kilkaset uczniów… Z trzeciej strony, po co obcy dzieciak miałby mu wparowywać do mieszkania i oznajmiać, że jest jego synem, ot tak bez powodu? A może… Ale skąd znałby jego adres? A skąd ten tu go znał? Matka mu podała? Właśnie, gdzie jest jego matka? Po chwili zorientował się, że milczy już dłuższą chwilę.
– Jasna cholera, nic dziwnego, że cię wywalili z posady! Bystry to ty nie jesteś.
– Jesteś bezczelny! – wybuchnął nagle Remus, a jego oczy zalśniły dziwnym blaskiem. Ku jego zdumieniu, nastolatek nie był ani trochę przerażony, wręcz przeciwnie. Wstał z łóżka i spojrzał mu w oczy.
– Hm – powiedział tylko, wyraźnie dostrzegając tam coś ciekawego. Lupin odsunął się z krzesłem pod samą ścianę, co chłopaka wyraźnie rozbawiło. Wyszczerzył krzywe zęby, zgarnął gwałtownie kota do klatki i wyjął z kufra szkolny mundurek. Remus z niejaką zgrozą dostrzegł zielono-srebrną tarczę Slytherinu. – To jak, jedziemy czy nie?
Remus wiedział, że będzie tego żałował. Wiedział, że kiedy tylko się ubrał, mimowolnie zgodził się na uczestniczenie w tej, więcej niż wariackiej, sytuacji. Teleportował się z chłopakiem i całym jego bałaganem na King’s Cross, gdzie parę razy musiał się dobrze uszczypnąć, żeby zobaczyć, czy na pewno nie śni. Teodor patrzył na to z politowaniem. 
– No. To… To ten – uznał elokwentnie Remus, rozglądając się dookoła, a potem jeszcze raz przyglądając się chłopakowi dobrze. Ślizgon zaśmiał się chłodno.
– Gryfońska elokwencja. Tak, tak, nie rób takiej miny, zrobiłem swój research na twój temat – mrugnął do niego łobuzersko. – To na razie! Tato. – Wziął swój kufer i po chwili już go nie było, zniknął za barierką między peronem dziewiątym a dziesiątym, zanim Lupin zdołał z siebie wykrzesać cokolwiek jeszcze. Nie, to był sen. Zdecydowanie! Bardzo, bardzo realistyczny i bardzo, bardzo zły sen! 
Niestety, mylił się. Nie zdążył nawet dobrze wejść z powrotem do mieszkania, gdy rozległo się kolejne pukanie. Bardziej natarczywe i zdecydowanie takie, którego zignorować nie było wręcz wolno. Remus otworzył i natychmiast tego pożałował. Na progu stała, odziana w złowieszczą czerń, starsza dama, której oczy ciskały gromy, a sękaty palec w koronkowej rękawiczce był wycelowany prosto w Remusa.
– LUPIN! – zagrzmiała i wparowała do mieszkania, zanim jego właściciel zdołał zaprotestować. Wycofał się zachowawczo, a kobieta zatrzasnęła za sobą drzwi, ani na chwilę nie spuszczając z niego oskarżycielskiego palca. – Ty wilkołacza gnido, gdzie jest mój wnuczek?!
Remus po raz drugi już tego dnia otworzył i zamknął usta, a potem, nauczony już niejakim doświadczeniem z tymi ludźmi, powiedział cicho:

– Być może mógłbym zaproponować herbaty?

5 komentarzy:

  1. Twój Wen chyba zostanie moim najlepszym przyjacielem :) Uwielbiam Twoją częstotliwość dodawania rozdziałów.
    Rozdział jak zawsze świetny, pojawia się kilka zaskakujących faktów: syn Remusa ("Teddy Lupin brzmi jakoś dziwnie, nie sądzisz?", niedobór dyń (będą mieć jakieś zaskakujące właściwość?). Żeńska cześć Hogwartu zachwycona nowym kolegą Severusa :).
    Jako że nic ciekawego nie przychodzi mi już do głowy, zakończę ten lekko nieskładny komentarz.
    Bardzo liczę na kreatywność i pracowitość Twego Wena, pozdrawiam i do rychłego zobaczenia,
    Lila

    OdpowiedzUsuń
  2. Lubię dobrego Snape'a, który musi się później porządnie upić, aby jakoś tę swoją dobroć przetrawić. I lubię jego nowego przyjaciela, który powinien pojawiać się cześciej (mój kiczowaty, pełen różowych jednorożców umysł już widzi tu jakieś lochowe gejo-plotki ku udręczeniu biednego Nietoperza!).
    Ale zdecydowanie najbardziej lubię dręczenie Remusa. Myślę, że teraz oficjalnie możemy założyć Klub Dręczycielek i pojedynkować się o pierwsze miejsce. Biedny święty Remmy z nieślubnym dzieciątkiem... Jak on to zniesie? Powinien chyba dołączyć do chlejącego Snape'a... Wyjątkowo by się dogadali.

    Ukłony,
    Meada

    P.S. Jestem ciekawa, jak wykorzystasz Umbridge :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak Ci absolutnie nie zabraniam pisania rozdziałów i dodawania ich codziennie, ale weź Ty dziewczyno idź spać przynajmniej razy w tygodniu XD Rozdział o 3 nad ranem mnie co najmniej niepokoi.
    Jestem pod wrażeniem ilości wątków, ale martwię się, żebyś o którymś nie zapomniała, a o takie rzeczy łatwo. Wierzę, że masz wszytko pod kontrolą.
    Pisz (ale też śpij czasami) i nie daj Wenowi umrzeć!

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję, och :D Sypiam w ogóle bardzo mało i bardzo rzadko i mam niezdrowy tryb życia, bo Severus stoi mi nad głową! Właściwie wszyscy stoją mi nad głową i żądają wyjścia z głowy na papier… Wen to istota nieprzewidywalna, cierpiałam wiele razy na blokadę pisarską i to jest coś, czego panicznie się boję, więc piszę kiedy tylko mnie napada :) Obiecuję, że postaram się nie zgubić żadnego wątku! Na wszelki wypadek czytam zawsze wszystko w kółko i od początku. Poza tym dodam nieskromnie, że niektóre z nich (znęcanie się nad Remusem, pijany Sever khm!) są po prostu zbyt zabawne, żeby je porzucić :D Liczę na to, że się nie zniecierpliwisz i będziesz czytać dalej, teraz będzie coraz więcej akcji!

    OdpowiedzUsuń
  5. O bosh, ja dopiero jestem na szóstym rozdziale. xD Nie pędź tak!

    Wee

    OdpowiedzUsuń