Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

wtorek, 7 kwietnia 2015

Rozdział szósty

Dziękuję wszystkim za komentarze! To najlepsza motywacja dla Wena! Zapraszam do czytania :)

Linnaea borealis

Anastazja nie spała niemal od dwóch dni. Nigdy nie sądziła, że postanowi zgłębić życiorys jakiejś paskudnej Śmierciożerczyni, ale dziennik Bellatrix, a szczególnie jej pełne jadu komentarze, wciągnął ją bez reszty. Nie mogła się oderwać od lektury. To było nawet lepsze od znalezionej w salonie „Powszechnej Encyklopedyji Orgelbrachta Uroków Tajemnych i Czarów Złowieszczych“, która dotąd służyła jako podpórka złamanej nogi starego fotela. Bellatrix pisała dużo o swoich młodszych siostrach, z którymi miała niewiele wspólnego, ojcu, który zdawał się być ponurym tyranem, i matce, której nie obchodziło nic oprócz tego, co ludzie powiedzą. Anastazja zastanawiała się, kiedy i dlaczego Cyzia ze złośliwej donosicielki przeistoczyła się w Lodową Narcyzę, nie dziwiła się też czemu Andromeda uciekła z domu, by poślubić dobrodusznego Teda Tonksa.

13 grudnia 1968

Uwielbiam Slughorna! On jako jedyny docenia w pełni mój potencjał. Dzisiaj po zajęciach pozostawił mi do dyspozycji pracownię i mogłam spokojnie uwarzyć kilka mikstur na własny użytek. Przydadzą się akurat przed noworocznym przyjęciem u Malfoyów. Mam taką nadzieję, że pojawi się Dołohow! Nieważne. Nie napisałam tego! Zresztą, ostatnim razem widział mnie rok temu, na pewno mnie nie pozna… I przyprowadził wtedy ze sobą jakąś blond lafiryndę.

Anastazja sapnęła i zamknęła dziennik. Nie spodziewała się tu swojego… ojca. Nie spodziewała się też, że był łamaczem serc wśród Śmierciożerców. Wzdrygnęła się na samą myśl. Nie chciała o nim myśleć w ten sposób. Swoją drogą… Nie chciała o nim myśleć w ogóle, kropka! Technicznie rzecz biorąc Bella też nie była tu jeszcze Śmierciożercą… Nie! Nieważnie, nie czyta tego po to, by się do tych ludzi zbliżyć! To tylko… Research naukowy! Tak właśnie. 
Była jednak zbyt ciekawska, by przestać czytać, szybko otworzyła pamiętnik znowu i przerzuciła do przodu kilka kartek, tylko pobieżnie rejestrując, że bal u Lucjusza był w istocie tak imponujący jak się spodziewano i wystawny jak zawsze, Dołohow, owszem, się pojawił i tym razem towarzyszyła mu… Anastazja poczuła, jak robi jej się zimno. „Jakaś ruda zdzira z obcym akcentem“. Szybko porzuciła styczeń i przeszła do lutego, obiecując sobie, że nie będzie teraz o tym myśleć. 

14 lutego 1969

Typowe. Ojciec postanowił zrobić mi niespodziankę na walentynki – niespodziankę bardzo w swoim stylu. Teraz już wiem, dlaczego ten szczwany lis kazał mi wracać na ferie do domu. Do uroczej do porzygu walentynkowej kolacji dołączył jego gość specjalny, a mój, jak się okazało, przyszły mąż: Evan Rottberg. Przyszły mąż! Nie wiedziałam, że jestem zaręczona, czyżby coś mnie ominęło?! Jak to miło z twojej strony, tatusiu, że raczyłeś mi go przedstawić przed ślubem! Jestem tak wdzięczna, że chyba cię z radości rozszarpię! 
Cały wieczór siedziałam sztywna jak struna i poważna jak zawał serca. Nie dałam nic po sobie poznać, co chyba nieco zawiodło oczekiwania ojca. Widać liczył na jakąś gwałtowną reakcję z mojej strony, ale na jego nieszczęście jestem równie uparta, co on! Po wszystkim miał jeszcze czelność zapytać, co sądzę o „tym uroczym, młodym człowieku“! „Młodym człowieku“?! Ojcze, na Salazara, być może dla ciebie trzydziestopięciolatek jest młody, ale dla mnie to dziadyga! I pomyśleć, że dotąd naiwnie wierzyłam, że naszej rodziny nie dotyczy już to całe przeklęte swatanie za plecami! Chyba pójdę popracować nad eliksirami do Slughorna i planem jak skutecznie otruć ich obydwu.
Rottberg? Evan Rottberg? Gdzieś słyszała to nazwisko. Anastazja zamyśliła się chwilę. Czy Tadeusz Rottberg nie był przypadkiem przyjacielem jej babci? Cóż, jeśli był, to na pewno musiał być też z bardzo starego rodu. To by z pewnością pasowało do kandydata na męża dla najstarszej córki państwa Black. Tylko przecież Bellatrix nazywała się teraz Lestrange, a w świecie czarodziejskiej arystokracji instytucja rozwodu z całą pewnością nie wchodziła w grę. Anastazja niecierpliwie przekartkowała dziennik aż do końca, ciekawa, czy może ojciec w końcu się rozmyślił w kwestii ożenku swojej najstarszej córki. Nie… Chyba skończyło się to o wiele bardziej dramatycznie. Na ostatniej stronie znalazła bardzo krótki, ale bardzo treściwy, wpis, który najwyraźniej kończył karierę pamiętnikarską Bellatrix:

20 kwietnia 1970

Ojciec wymyślił sobie całkiem sprytny plan, ale ja okazałam się sprytniejsza! Jak na niespełna dziewiętnastoletnią wdowę wyglądam zabójczo w koronkach. I kto się będzie śmiał ostatni, ojcze?! Udław się tymi aranżowanymi małżeństwami, niech was wszystkich szlag trafi! 

Pod spodem było kilka kleksów, coś, co wyglądało podejrzanie podobnie do zaschniętych kropel krwi, oraz mały, koślawy rysunek Mrocznego Znaku. Anastazja zamknęła dziennik i wciągnęła ze świstem powietrze. No ładnie. Wszyscy wiedzieli, że Bellatrix Najwyraźniej-Nie-Rottberg-A-Lestrange zawsze była psychiczna, a teraz jeszcze się okazało, że była też orłem z eliksirów. Biorąc pod uwagę jej psychotyczne predyspozycje, nikt by się nie zdziwił, gdyby faktycznie otruła swojego pierwszego męża jakąś trudną do wykrycia substancją. Z pewnością była do tego odpowiednio zdeterminowana. Anastazja nie miała jednak ochoty się tego dowiadywać, to znaczy… Może lepiej nie teraz. Z niejakim obrzydzeniem odłożyła dziennik na szafkę nocną i zgasiła lampkę, uznając, że zdecydowana pora spać. Wiedziała, że prędzej czy później natrafi w tym dzienniku na coś okropnego, ale pierwsze morderstwo w wykonaniu Bellatrix… To przeszło jej najśmielsze oczekiwania. 
Tak to już jednak jest, że gdy grubas przechodzi na dietę, ktoś funduje mu czekoladę, a gdy niespokojna dusza postanawia iść spać… Dopada ją bezsenność. Anastazja kręciła się w łóżku dobrą godzinę, gdy w końcu, wściekła, uznała, że potrzeba jej środków ostatecznych. Cichaczem zeszła do kuchni po szklankę ciepłego mleka, starając się nie obudzić śpiących domowników, a już szczególnie ostrożnie przeszła obok hallu, gdzie wisiał portret Walburgi Black. Gdy na palcach zakradła się do lodówki, do jej uszu dobiegło ciche „pop!“, sugerujące, że ktoś właśnie się aportował. Spoconymi palcami ścisnęła mocniej za różdżkę i zamarła. 
Wiedziała, że do siedziby Zakonu nie mógł się teleportować nikt, oprócz osób wtajemniczonych, z tego powodu właśnie ona pozostawała tu niejako uziemiona… Ale kto mógłby tu przybywać o tej porze? Z hallu dobiegł ją jakiś agonalny jęk i bulgot, a potem szelest szat. No dobrze, jeśli Śmierciożercy mieliby ich tu atakować, na pewno nie wymiotowaliby na dywan. Pokrzepiona lekko tym racjonalnym wnioskiem, ruszyła na palcach w tamtą stronę. Ktoś, przez panujący wszędzie półmrok nie widziała dobrze kto, leżał na podłodze, trzęsąc się w konwulsjach. No dobrze, nawet jeśli to był zamach, to teraz z pewnością zamachowiec nie mógł jej nic zrobić. Machnięciem różdżki zapaliła światło w korytarzu i dopadła do nieszczęsnej ofiary, odwracając ją na plecy. Zaszeleściła czarna, obszerna szata, która fakturą przypominała bardzo cienką skórę węża. Twarz nieznajomego przykrywała straszna, biała, trupia maska Śmierciożercy. Anastazja zasłoniła sobie dłonią usta, tłumiąc krzyk. A więc jednak! Strach zmroził ją na chwilę, ale zaraz potem, czując jak serce szaleńczo bije jej w piersi, zebrała się na odwagę i odsłoniła maskę. Teraz dopiero poczuła, że zemdleje.
– Snape… – wyszeptała, czując, jak sama zaczyna drżeć. Za chwilę jednak adrenalina zrobiła swoje, a ona zauważyła, że, mundur Śmierciożercy czy nie, z jego ust toczyła się piana, a szata przemakała krwią w co najmniej kilkudziesięciu miejscach. – Co tu się dzieje? – Ze schodów zbiegał już Lupin i Tonks. Anastazję nie zastanowiło nawet, że jakimś dziwnym trafem obudzili się i zbiegli tu jednocześnie, teraz nie był na to odpowiedni moment. Dziękowała w duchu za trening aurorski i czujność obydwojga. Kiedy tylko zauważyli Snape’a, zaraz do niego podbiegli. Lupin zdjął z niego wierzchnią szatę i wcisnął ją Anastazji. 
– Schowaj to gdzieś! – powiedział stanowczym, niepodobnym do siebie tonem. Potem rzucił na Snape’a kolejno kilka zaklęć uzdrawiających. Żadne z nich nie podziałało, więc zatamował tymczasowo krwawienie magicznymi bandażami i wylewitował go na noszach na kanapę w salonie.
– Zawiadom Dumbledore’a! – krzyknął Lupin do Tonks, która zaraz pobiegła do najbliższego kominka.
Anastazja jeszcze chwilę stała w hallu, zanim zorientowała się, że trzyma bardzo mocno przy sobie zakrwawioną szatę i maskę Śmierciożercy. Błyskawicznie pobiegła z nimi do swojego pokoju i wrzuciła je na samo dno kufra Bellatrix. Zatrzasnęła wieko i schowała się pod kołdrą. Dobrze, zawsze podejrzewała, że Snape był kompletnym draniem, ale, na słodką Helgę!, nigdy nie przypuszczała i nigdy nie chciała, żeby okazał się Śmierciojadem!

 **  

Dumbledore przybył na Grimmauld Place w środku nocy. Zasunął za sobą podwójne drzwi salonu, zabezpieczył je zaklęciami i zamknął się tam z konającym Snape’em na długie godziny. Anastazja siedziała z Tonks i Remusem w kuchni i paliła już chyba setnego papierosa, mając w nosie, co Molly Weasley sądzi o stopniu zadymienia pomieszczenia. Zresztą, otworzyła przecież okno. 
– Zawsze był wrednym Nietoperzem, ale widzieć go w takim stanie… Dobra Morgano, nawet ja się nie cieszę – biadoliła Tonks, mieszając łyżeczką w od dawna już zimnej herbacie. Remus obejmował dziewczynę ramieniem, a jego brwi były jeszcze bardziej ściągnięte ze zmartwienia, niż zwykle.
– Nic mu nie będzie, Snape to twarda sztuka. Przecież już nie raz go poturbowali na zebraniu – powtarzał cicho.
– Nie mogę uwierzyć, że Snape jest Śmierciożercą! To znaczy… Nie to, żeby to było do niego niepodobne, ale chyba gdzieś przebiega granica bycia mrocznym dupkiem… – Anastazja odpaliła nowego papierosa od poprzedniego. Tonks już miała jej zwrócić uwagę, ale potem uznała, że to i tak bez sensu. W końcu to ona znalazła Severusa w stanie wyjątkowo agonalnym, to mogło wywołać traumę w kimś zupełnie na to nieprzygotowanym.
– Snape jest podwójnym szpiegiem – wyjaśnił Remus. – I to od bardzo dawna. Dostarcza nam informacje z pierwszej ręki o tym, co się dzieje w Wewnętrznym Kręgu, a Voldemort myśli, że jego informuje o działaniach Zakonu. I uwierz mi, jeśli myślisz, że jest dupkiem teraz… To pomyśl jaki był zanim przeszedł na jasną stronę mocy.
Anastazja trochę się zawstydziła swoich słów. Bycie podwójnym szpiegiem z pewnością było okolicznością łagodzącą na paskudny charakter, ale trudno jej już było określić, co dokładnie myśli o tym człowieku. Ten temat był śliski jak wąż i ciągle się wymykał od jednoznacznych określeń. Snape-nauczyciel, Snape-Śmierciojad, Snape-bohater wojenny… Najlepiej będzie w ogóle tego człowieka nie tykać. To było zbyt wiele  osobowości jak na jedną osobę.
– Wydaje mi się, że udało się go odratować. Tym razem… Przynajmniej częściowo. – Kiedy Dumbledore wszedł do kuchni, siedząca w niej trójka aż podskoczyła. Jaskrawofioletowa szata dyrektora w ogóle nie pasowała do panującego tu nastroju. Dumbledore z pewnością dosłownie i w przenośni rozjaśniał atmosferę… Anastazja zaraz zgasiła papierosa i pomachała ręką, żeby rozproszyć dym. Molly Weasley to Molly Weasley, ale z jakiegoś powodu nie miała śmiałości palić przy największym czarodzieju dwudziestego wieku. – Przyślę do niego Poppy, kiedy będzie miała wolną chwilę. Nie będzie z tego zadowolony, ale na razie bym go stąd nie ruszał… Nie przy tych obrażeniach. To, co go trafiło było wyjątkowo paskudne. Remusie, nie masz gdzieś przypadkiem pod ręką wywaru Linneusza? 
Wilkołak pokręcił głową i wstał, żeby nalać dyrektorowi herbaty.
– Dziękuję, mój drogi. – Dumbledore usiadł przy stole i zerknął na swój srebrny, kieszonkowy zegarek. Małe planety przesuwały się po tarczy z zawrotną szybkością, ale dyrektor wyraźnie coś z tego wyczytał, bo zamknął kopertę i pokiwał powoli głową. – Tak, Poppy też nie będzie zachwycona…
– Dyrektorze, jeśli można… – wtrąciła się nagle Ana. – Mogłabym uwarzyć ten eliksir. To znaczy… Trzeba go robić codziennie, a ja i tak tu jestem. Madame Pomfrey na pewno ma mnóstwo roboty w szkole, a ja… Chciałabym się na coś przydać. – Sama nie wiedziała, czemu to powiedziała. To chyba był ten niedobór snu, który w końcu się na niej zemścił. Dumbledore popatrzył na nią badawczo znad okularów–połówek. Nie wiedziała, czy jej się przywidziało, ale miała wrażenie, że kąciki jego ust zadrżały lekko ku górze. Nie, na pewno jej się przywidziało, ta broda była za gęsta.
– Moja droga, to bardzo dobry pomysł. Twój Wybitny z eliksirów na Owutemach był pierwszym i ostatnim od dobrych kilku lat. Jestem pewien, że jeśli Severus miałby komuś zaufać z Linneuszem, to właśnie tobie. – Anastazja z grzeczności nie zaprzeczyła, ale miała wrażenie, że „Severus“ i „ufać“ w tym samym zdaniu to jawny oksymoron. Dyrektor wypił herbatę, wstał i skinął zebranym głową. – Gdybyś była tak łaskawa sporządzić listę, droga Tonks wybierze się na Pokątną… Ja, niestety, muszę już uciekać.
Po wyjściu dyrektora, Anastazja błagała Tonks, żeby mogła iść na Pokątną razem z nią, ale aurorka była nieugięta. Rozkazy to rozkazy. W końcu Ana musiała się poddać, zrobić listę potrzebnych składników i narzędzi, po czym dostało jej się w udziale niewdzięczne zadanie niańczenia Nietoperza i  późniejsze uczestniczenie w Syriuszowej operze jednego krzykacza: „Smarek w moim domu, po moim trupie!“, akt 1, scena 1. W końcu, niewymownie zmęczona i zniecierpliwiona, Anastazja nasłała na Blacka Remusa, który ze wszystkich sił starał się przyjaciela jakoś ułagodzić, a sama zamknęła się w salonie z nieprzytomnym Nietoperzem i dziennikiem Bellatrix. Nadal nie mogła się zdecydować, czy powinna go czytać (wiedziała, że nie), ale nie mogła przestać. Zabrała Snape’owi koc („Jest nieprzytomny, co mu zależy czy mu zimno!“), usadowiła się w fotelu i wróciła do czytania:

20 czerwca 1969

Cóż miałam zrobić, wyszłam za mąż. Byłam chyba najsmutniejszą panną młodą w całej Anglii. Na marginesie, skąd ojciec wziął pieniądze na takie wesele? Brakowało na nim chyba tylko samego Ministra! I nie wiem skąd Malfoyowi przyszło do głowy, że wypada mu przetańczyć cały wieczór z moją czternastoletnią siostrą!

Dlaczego tylko jakiś głupi zeszyt jest świadkiem tego, co naprawdę czuję?

Matka cały czas pokazywała mi na migi, żebym się uśmiechała. Cholerna idiotka! Z czego mam się cieszyć? Że wydali mnie za jakiegoś ważniaka z Ministerstwa?! Genialny plan, ojcze. Czy jeśli uda ci się położyć łapę na jego rodzinnej fortunie, to przestaniesz w końcu przegrywać swoją w pokera? Jedyną dobrą stroną tego wszystkiego jest mój teść, który oznajmił mi na boku, że założył mi własną skrytkę w Banku Gringotta, oczywiście na moje nowe nazwisko. Czyżby on jedyny domyślił się, że rozpaczliwie chcę uciekać od jego syna–idioty? Nie, na pewno nie. W końcu to prezent ślubny… Ale w takim razie dlaczego ta skrytka jest tylko dla mnie?

Anastazja przerwała czytanie, gdy Tonks wróciła ze składnikami na eliksir. Rozstawiły kociołek w salonie, skrupulatnie ignorując biadolenie Syriusza, które dobiegało ich aż z kuchni.
– Co to? – Tonks wskazała ciekawsko na pamiętnik Belli.
– O, to… Jakaś powieść – skłamała gładko Ana, nie wiedząc nawet czemu. Czy czytanie pamiętnika Bellatrix to zbrodnia? Przecież mogła o tym powiedzieć Tonks, nie pomyślałaby o niej nic złego… „Może i nie zbrodnia, ale sympatyzowanie z morderczynią, to już dość dziwaczne“, podpowiedziało usłużne, i jak zwykle złośliwe, sumienie. Anastazja postanowiła je zignorować. Zapaliła różdżką mały płomień pod kociołkiem i wrzuciła do letniej jeszcze wody garść liści laurowych.
– To prawie jak leczniczy rosołek. – Tonks wyszczerzyła zęby.
– Ta. Świetnie. Warzymy leczniczy rosołek dla Snape’a. Gdybyś mi o tym powiedziała wczoraj, pomyślałabym, że upadłaś na głowę. Solidnie. Z kilku pięter. – Ostrożnie dosypała odpowiednią ilość ziaren belladonny. 
– To go nie zabije?! – Tonks złapała ją za rękę.
– Spokojnie, nie w takiej ilości. Zresztą, zabijanie go w takim stanie nie ma sensu. Mała by to była satysfakcja. – Zamieszała trzy razy zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara. – Kupiłaś zimoziół? – zapytała badawczo.
– No pewnie! Podkreśliłaś to trzy razy na liście. Czemu to takie ważne? – Tonks podała jej saszetkę z wiotką roślinką o pięknych, delikatnych kwiatach.
– To dzisiejszy gwóźdź programu.Ana uśmiechnęła się pod nosem. – Mugole już go nie stosują, więc pewnie zapomnieli, ale ten mały kwiatek to najsilniejszy lek przeciwbólowy jaki istnieje. Tyle, że szybko traci moc, dlatego ten wywar jest trochę podchwytliwy w przygotowaniu. – Poczekała, aż mikstura zabulgocze i zmieni kolor na zielony. Zmniejszyła różdżką płomień do minimum. – Czekamy, aż ostygnie. Większość dodaje kwiaty od razu i dusi, ale to niemal całkiem zabija ich właściwości – zajrzała do kociołka kontrolnie. – Masz gdzieś tam lód?
Tonks, która najwyraźniej została jej asystentką, wyjęła torebkę z lodem i otworzyła nad kociołkiem.
– Nie, nie wrzucaj! To nie do eliksiru, to dla niego. Po tym dostanie potężnej gorączki. – Zawinęła trochę lodu w czystą ścierkę i rzuciła zaklęcie zamrażające. Potem zamieszała eliksir jeszcze dwa razy i przejrzała resztę przepisu w podręczniku. 
– To trochę potrwa… Jesteś pewna, że nie masz nic do roboty?
– Dopiero za jakiś czas, a teraz już i tak się nie wyśpię. Co teraz dodajemy?
– Eee… suszone smocze dziąsła. Nie krzyw się tak, wiem, że obrzydliwe. Na szczęście on to będzie pił. – Ostrożnie wrzuciła podejrzane składniki i znowu zamieszała zawartość kociołka.
Kiedy eliksir odpowiednio ostygł, dodała do niego zimoziół. Wywar zasyczał i zawrzał delikatnie, zmieniając kolor na śnieżnobiały. Gdy całkiem się uspokoił, Anastazja nalała go hojnie do kubka i podniosła Snape’owi głowę. 
– Dobra, ty go trzymaj, ja leję i miejmy nadzieję, że nie strzeli w nikogo Avadą. – Na ich szczęście, mistrz eliksirów był wciąż nieobecny duchem, więc łyknął wszystko posłusznie. Nie minęło pięć minut, gdy faktycznie dostał sporej gorączki, więc Ana położyła mu okład z lodu na czole. Obejrzała Snape’a ukradkiem, w całym jego zabandażowanym jestestwie. Kiedy leżał tak spokojnie i na nikogo nie warczał, był nawet znośny w obejściu…
– Co z resztą tego? – Tonks wskazała na eliksir.
– Będę musiała mu podawać co najmniej co godzinę. Niestety to ma minimalny termin przydatności, więc jutro trzeba będzie zrobić nowy. Ciekawa jestem ile ta jego katatonia potrwa…
– Posiedzieć z tobą?
– Jeśli chcesz. – Ana zebrała wszystkie ingrediencje z powrotem do papierowej torby z Magicznej Zielarni Willbury’ego i wygasiła ogień pod kociołkiem. Usiadła z powrotem na fotelu i wsunęła skrupulatnie dziennik Bellatrix pod koc. – Tonks?
– Aha?
– Podobno gapienie się na śpiącego go wybudza, a budzenie ludzi w ogóle przynosi pecha.
– Budzenie Snape’a na pewno przynosi pecha!
– Otóż to właśnie. 
– Słusznie. – Tonks milczała chwilę, siedząc na dywanie z nogami podciągniętymi pod brodę. – Ana? Nie masz czasem wrażenia, że ta wojna to jakiś absurd?
– Co masz na myśli?
– No… Tak naprawdę wybawcą magicznego świata jest zabiedzony piętnastolatek, a paradoksalnie jedyną osobą z Zakonu, która średnio kilka razy w miesiącu obrywa w tyłek dla Sprawy jest Snape!
Anastazja gwizdnęła cicho pod nosem. Snape-bohater czy Snape-równy gość?Kolejna twarz, kolejna maska. Chyba powinna zrobić listę.
– Nie wiem. Szczerze mówiąc jestem jak najmniej zainteresowana wojną – zdjęła okulary i rozmasowała nasadę nosa. – Wciąż mam cichą nadzieję, że to jakaś pomyłka. Moja siostra jest ukryta gdzieś daleko, od babci nie słyszałam od tygodni, a mój ojciec, jak się okazało, istnieje i, zgadnij co, stoi po niewłaściwej stronie barykady! – Uśmiechnęła się zimno. – To jakiś cholerny, bardzo rozbudowany żart.
Tonks wstała i położyła przyjaciółce rękę na ramieniu.
– Wiesz co? Zaczynasz świrować w czterech ścianach tak jak Siri. 
Ana prychnęła ze zniecierpliwieniem.
– Nie moja to wina.
– To niczyja wina. No, może oprócz Dołohowa. Ale nie martw się, w końcu go dorwiemy. Wszystkich ich dorwiemy!
Anastazja uśmiechnęła się z rezygnacją i założyła z powrotem okulary, patrząc na Tonks badawczo. 
– Naprawdę w to wierzysz czy chcesz mnie pocieszyć?
– Gdybym nie wierzyła to wybrałabym inny zawód. – Tonks poklepała ją po ramieniu. Snape poruszył się na kanapie niespokojnie. Jego oddech stał się ciężki i nierówny.
– Chyba się budzi…
– Miejmy nadzieję, że nie. – Ana nalała więcej eliksiru do kubka i trzymała go w pogotowiu. Podeszła do niego i stanęła mu nad głową, gdy nagle otworzył oczy. Świdrował ją ostrym i… Czyżby? Wylęknionym spojrzeniem, a ona przez chwilę stała tak nad nim, nie wiedząc, co powiedzieć. 
– Gdzie jestem? – wychrypiał, próbując się podnieść.
– Nie siadaj. Jesteś w Kwaterze Głównej – przytrzymała go za ramię i odstawiła kubek. Odtrącił ją brutalnie i zdjął z czoła zimny okład. Zauważył czujnie stojący obok kociołek i zgromił je obie spojrzeniem. Tonks zniosła to dużo gorzej niż Ana, która nie dała po sobie poznać, że owszem, Nietoperz, nawet w takim stanie, umiał skutecznie przerażać. 
– Co mi podałaś?! – Błędnym wzrokiem szukał swoich butów i różdżki.
– Wywar Linneusza. Dostałeś kilkoma klątwami, więc łaskawie nie bądź dzieckiem i podziękuj, bo beze mnie konałbyś teraz z bólu. – Popchnęła go z powrotem na kanapę, a on był jeszcze zbyt słaby, by się z nią siłować. – Wróciłeś tu wczoraj w nocy w stanie agonalnym. Dzięki Merlinowi udało się wezwać Dumbledore’a. Już myśleliśmy, że się przekręcisz. – Stanowczo położyła mu lód znowu na czoło, aż syknął i rzucił jej spojrzenie pełne pretensji. 
– Nie potrzebuję twojej pomocy! – odtrącił ją znowu, ale nie trafił w jej rękę. Najwyraźniej dwoiło mu się przed oczami. – Ten eliksir ma zły kolor…
– Ma idealny kolor i dobrze o tym wiesz. Gdyby nie miał, to by nie działał.
– Wszystko mnie boli – burknął.
– Nic cię nie boli i masz gorączkę – rzuciła mu ostre spojrzenie, gdy już otwierał usta, żeby się dalej kłócić. – Snape! Nie kituj, ja nie okno.
Opadł z powrotem na plecy i warknął, a gdyby mógł, to pewnie ziałby ogniem.
– Gdzie jest moja różdżka?
– Nie wiem. Tonks?
– Może Dumbledore wie… – Aurorka zauważyła na sobie znowu nienawistne spojrzenie mistrza eliksirów i wystrzeliła w kierunku drzwi. – Pójdę poszukać!
Ana przewróciła oczami. 
– Musisz być takim cholernym Nietoperzem?! Uratowałyśmy ci życie!
– No tak, a mogłaś zabić. – W jego oczach zatańczyły złośliwe iskry. Nietoperzem?! Jak śmiała!
– Najwyraźniej zdrowiejesz, cieszy mnie to – uśmiechnęła się wrednie. – Będę cię mogła zamordować za Veritaserum.
Mina trochę mu zrzedła. 
– Pamiętasz?
– Oczywiście, że pamiętam! I wiem już czemu cię tak interesował Merrick. Twój kumpel z Wewnętrznego Kręgu.
Po tym jak na nią spojrzał, widziała, że przegięła.
– Nie kłap dziobem o rzeczach, o których nie masz pojęcia – wycedził i usiadł gwałtownie, rzucając szmatą z lodem na podłogę. Wstał chwiejnie, ale zaraz potem musiał się podeprzeć na Anastazji, która przytomnie ruszyła mu na ratunek. 
–  Czy mógłbyś! Łaskawie! Leżeć w miejscu?! – krzyknęła i pchnęła go na kanapę, zniecierpliwiona jego taktyką małego chłopca. Doprawdy, myślałby kto! Ratują mu tu życie, a on jeszcze ma pretensje! W takim razie czemu aportował się tu, a nie do Hogwartu, gdzie mógłby się leczyć sam, czego pewnie bardzo pragnął? Ach no tak, przecież w Hogwarcie nie można się teleportować, musiałby wylądować w Hogsmeade, a tam kto wie, co by się z nim stało… To wszystko nabierało coraz więcej sensu. W tym momencie odsunęły się drzwi i do salonu wszedł dyrektor.
– Ach! Severusie, mój chłopcze! Widzę, że zdrowiejesz już pod czujnym okiem? – W jego niebieskich oczach błysnęły wesołe iskierki, kiedy obserwował ten obrazek: Anastazja, przyciskająca do kanapy Snape’a, wściekłego i krwawiącego jeszcze z bandażu, którym miał owinięte czoło. – Jak się sprawuje nasz Angielski Pacjent? – mrugnął do niej.
– Ma nieznośną tendencję do robienia scen – wycedziła i nalała mu eliksiru do kubka. Podstawiła mu go pod nos. – Proszę! – warknęła.
– Nie będę tego pił – odparł, równie przyjemnym tonem.
– Jeśli zaraz nie wypijesz, to przysięgam, że poślę Tonks do apteki po sondę do nosa!
Zabrzmiało to dostatecznie groźnie, chociaż Severus nie wiedział i nie miał ochoty się dowiedzieć, co to „sonda“, a poza tym znowu poczuł nieznośny, pulsujący ból, zupełnie  jakby ktoś chciał mu rozłupać czaszkę na pół. Wysiorbał eliksir, rzucając otoczeniu nienawistne spojrzenia, ze złością obserwując, jak Dumbledore uśmiecha się pod nosem. Bezczelność!
– Cieszę się, że czujesz się lepiej. Przez moment myślałem, że wymkniesz się nam na drugą stronę!
Snape rzucił mu oburzone spojrzenie zranionego szpiega.
– Metaforyczną „drugą stronę“, Severusie – dyrektor wyjaśnił cierpliwie. – Pozwoliłem sobie wstawić się w twoim imieniu u Syriusza…
– Tak właśnie myślałam, że ktoś się tłucze w kuchni – mruknęła Anastazja, mieszając w kociołku z zadumą. – Ze szczęścia! Oczywiście… – dodała szybko, czując na sobie spojrzenie Dumbledore’a. 
– Hm. W każdym razie najlepiej będzie, jeśli przez kilka dni skorzystasz z jego gościnności. W tym stanie nie zalecałbym się nigdzie ruszać, zwłaszcza nie po tylu Cruciatusach…
– Muszą cię tam bardzo lubić…
– Panno Hexwood!
– Przepraszam. Po prostu profesor Snape ma taką przyjazną fizjonomię, niech pan sam spojrzy! – Severus wykrzywiał się sardonicznie za jej plecami i ze wszystkich sił starał się obejrzeć zawartość kociołka, niewątpliwie po to, by ją sumiennie skrytykować i w myślach odjąć Hufflepuffowi solidną ilość punktów. 
– Dziękuję, dyrektorze. Zdaje się, że zawdzięczam panu życie. Ponownie. – Snape uniósł się na łokciach i zdobył się w końcu na odrobinę ludzkich odruchów i manier. Brwi Anastazji podjechały nieco do góry.
– Mój chłopcze, nie masz za co dziękować. Robisz już dla nas wystarczająco dużo, uwierz mi. Przynajmniej tyle mogłem zrobić.
„Ale sobie słodzą…“ Ana przelała resztkę eliksiru do kubka, a potem kilkoma szybkimi ruchami różdżki wyczyściła kociołek. Severus, gorący zwolennik dokładnego skrobania kociołków drucianą szczotką, miał w oczach wyłącznie pogardę dla jej metody.
– Niemniej jednak… – Snape spojrzał tęsknie na porozrzucany po dywanie lód, czując jak robi mu się znowu gorąco i zaczyna się niemiłosiernie pocić. Jego blade dotąd policzki lekko się zaróżowiły. – Nie mogę tu zostać i tak wykorzystywać biednego Blacka – wykrzywił usta w jakiejś żenującej parodii uśmiechu. – O wiele lepiej zajmę się sobą sam. Dyrektorze.
– Mój drogi, na tym polega właśnie komfort twojej obecnej sytuacji, że nie musisz być sam! – Dumbledore poklepał go przyjaźnie w ramię i ruszył do wyjścia.
– Ale…!
– Zdrowiej! – Zasunął za sobą drzwi.
Anastazja podała Snape’owi stanowczo kubek z eliksirem, a on wymruczał coś nienawistnie pod nosem. Jego złość i upokorzenie jeszcze się spotęgowały, gdy odkrył, że barwa, zapach i konsystencja wywaru są (na Salazara, niech szlag trafi tę Hexwood!) podręcznikowe.







1 komentarz:

  1. Oj, oj, ktoś tu ma obsesję na punkcie wdów… Ale nie wątpię, że Bella wyglądała przecudnie w koronkach. Muszę przyznać, że spodziewałam się więcej pamiętnika, może będzie druga część, hę? Drugi kufer z ciuchami? :)
    Snape w pełnym umundurowaniu jest cudowny. W ogóle nie powinien go zdejmować, NIGDY. Nawet nie wiem, który mundurek wolę: szkolny czy militarny. Facet się ustawił do końca życie – po prostu wiedział, że dobrze mu w czarnym i odpowiednio dobierał grupy zainteresowań…
    Pewnie gdyby wiedział, że ratuje go Lupin, ostatkiem sił pozbierałby się do kupy i rzucił złośliwym komentarzem, sukinkot.

    - Nie mogę uwierzyć, że Snape jest Śmierciożercą! To znaczy… Nie to, żeby to było do niego niepodobne, ale chyba gdzieś przebiega granica bycia mrocznym dupkiem… — nope! nie ma :D
    — Mogłabym uwarzyć ten eliksir. To znaczy… Trzeba go robić codziennie, a ja i tak tu jestem. Madame Pomfrey na pewno ma mnóstwo roboty w szkole, a ja… Chciałabym się na coś przydać. — haha, oj, Ana, ochotnicy zwykle źle kończą. Tylko kompletny wariat podjąłby się leczenia Snape'a Dużo roboty, zero wdzięczności.
    Tak naprawdę wybawcą magicznego świata jest zabiedzony piętnastolatek, a paradoksalnie jedyną osobą z Zakonu, która średnio kilka razy w miesiącu obrywa w tyłek dla Sprawy jest Snape! – no, mnie też to zawsze najbardziej uderzało. Wielki Zakon Feniksa, a jedyna osoba, która cokolwiek robi, to zaszantażowany Śmierciojad. Ha, ha!

    Scena warzenia eliksiru czytała się bardzo przyjemnie, podobnie jak pojenie Snape'a.
    Wszystkie drugie strony Severusa – i drugie strony tych drugich stron! – ubawiły mnie setnie. Bo i w sumie kto go tam wie, ile on ma tych drugich stron?
    Podobało mi się i czekam na więcej!

    P.S. Spojrzenie zranionego szpiega będzie mnie dziś prześladować!
    P.S. Mam nadzieję, że więcej komentarzy wreszcie sypnie… Chociaż teraz coraz trudniej pisać fanfiki :) Zawsze możemy je sobie pisać nawzajem (buahahaha!)

    OdpowiedzUsuń