Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

piątek, 17 kwietnia 2015

Rozdział dziesiąty

Kocury wy moje kochane! Tysiąc wejść na bloga! Moje ego się spuszyło jak zesrany kociak! Kocham Was! Dziękuję wszystkim, którzy czytają, a szczególnie za wspaniałe komentarze, którymi ostatnio obrodziło! :)

Dynie

Obudziła się, grubo po południu, i natychmiast tego faktu pożałowała. Migrena rozsadzała jej głowę, miała spierzchnięte usta i doznawała właśnie tego jedynego w swoim rodzaju uczucia epickiego kaca. Była nieprzytomna. Boże, co wczoraj robiła, że teraz miała wrażenie jakby całą noc żuła stary kapeć?! Usiadła na łóżku i wymacała na szafce okulary. Założyła je jak zwykle nieco krzywo i boso, nie zwracając uwagi na swoje otoczenie, a wręcz prawie czołgając się tyłem do przodu, poczłapała do kuchni. Kawy!
– Hexwood! – Przywitał ją radośnie Syriusz, ponieważ świat był zły i niesprawiedliwy i Syriusz nigdy nie miewał kaca, niech go trafi sklątka tylnowybuchowa!
– Sysih…
– Co mówiłaś, kochanie? Nie dosłyszałem. – Black wyszczerzył się promiennie, ale miłosiernie nalał jej kawy i podstawił pod nos.
– Siri… Krzyczysz – mruknęła słabo, po czym opróżniła kubek do połowy w kilka sekund i zażądała dolewki. Nasłuchiwała chwilę dźwięków domu, ale poza okazjonalnym pękaniem drewna wszędzie panowała cisza. Dziwne. Nie słyszała nawet zwykłego przekomarzania się bliźniaków i nieznośnego tupotu najmłodszej Weasleyówny (doprawdy, ta dziewczyna stąpała głośno jak słoń!).
– Gdzie są wszyscy? – zapytała po chwili, mrużąc zaczerwienione oczy. Starała się oddychać głęboko i nie robić gwałtownych ruchów.
– Poszli na Pokątną, zakupy na ostatnią chwilę. Dzieciaki jadą jutro do Hogwartu. – Syriusz wyraźnie nie był z tego powodu zbyt szczęśliwy, ale starał się jak najlepiej ukryć swoje uczucia. Za „Prorokiem Codziennym“, najwyraźniej.
Anastazja nic nie odpowiedziała, zgodnie ze swoim ostatnim zwyczajem szybko przebiegła wzrokiem po nagłówkach. Nie znalazła nic niepokojącego, więc zajęła się resztką kawy na dnie kubka. Chciała przywołać do siebie dzbanek zaklęciem, ale wymknął jej się spod kontroli i wylądował na podłodze.
Pięknie – warknął znajomy, ironiczny głos. – Pełna gracji, jak zwykle.
Anastazja prychnęła tylko i położyła głowę na stole, a Syriusz zerknął znad gazety ze szczegółowo wystudiowanym uprzejmym zainteresowaniem. 
– Smarku. – Skinął mu głową.
– Kundlu. – Odpowiedział grzecznościowo Snape. – Panno… Hexwood.
– Profesorze.
Mistrz eliksirów machnięciem różdżki naprawił dzbanek, a drugim machnięciem usunął kawę z podłogi. Usiadł obok Anastazji, poważny i obojętny, ale z jakiegoś powodu bardzo zadowolony z siebie. Wyjął z wewnętrznej kieszeni szaty sporą fiolkę z fioletowym eliksirem, po czym uprzejmie go jej zaproponował. Z lekkim wahaniem podsunęła mu swój kubek po kawie, mrużąc oczy jeszcze bardziej, niż przedtem. Czemu Snape był miły?
– Na zdrowie. – Snape uśmiechnął się krzywo i nalał go do kubka, którego zawartość zaraz chciwie opróżniła. Z ulgą poczuła, jak eliksir zbawczo eliminuje nudności i migrenę, a świat staje się nieco mniej irytujący. Odetchnęła i zamknęła oczy. Wtedy jakieś dziwne, wcześniej nieobecne, obrazy i wspomnienia z poprzedniego wieczora zaczęły kołatać się w dalekiej części jej mózgu, gotowe do wyjścia na światło dzienne, ale z jakiegoś powodu nie mogła do nich do końca dotrzeć. Syriusz tymczasem zerkał na nich podejrzliwie znad gazety, nie wiedząc jeszcze, co tu dokładnie widzi, ale pewien, że mu się to bardzo nie podoba.
– Byłeś wczoraj na zebraniu Kręgu? – zagaił Snape’a, pozornie lekkim i czysto konwersacyjnym tonem.
– Bynajmniej. – Severus uśmiechnął się złośliwie, a Syriusz zwinął gazetę. W przeciwieństwie do Mundungusa, który prasę składał w równe prostokąty, Syriusz odkładał ją niedbale na bok, skłębioną i sponiewieraną. Anastazja zmrużyła oczy, zastanawiając się, czy ma to jakieś podstawy w psychologii behawioralnej. Przy tym myśleniu okulary jak zwykle zjechały jej z nosa, a Snape, przewracając oczami, poprawił je niecierpliwym gestem. Syriuszowi prawie opadła szczęka, a pannę Hexwood trafiło nagłe olśnienie. Zasłoniła dłonią usta, patrząc na Snape’a przerażona. Na Merlina! Co oni wczoraj…! Oni…! Ona! I on! Ku jej ogólnej irytacji, mistrz eliksirów kompletnie zignorował jej panikę, którą z kolei bardzo zainteresował się Black.
– Ale… W takim razie – drążył temat Syriusz, dzieląc powoli słowa – co tu robisz tak rano? Co tu robisz w ogóle?
– Nocowałem. Przyszedłem wczoraj po moje rzeczy – wyjaśnił spokojnie Snape – i było za późno, żeby wracać. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko. – Uśmiechnął się w ten specjalny, złowróżbny sposób. Anastazja udała, że przeciera okulary, nagle stając się coraz bardziej nerwowa. Snape w ogóle na nią nie patrzył, ale widział to co robiła kątem oka i był z siebie, o ile to możliwe, jeszcze bardziej zadowolony.
– Ach nie, skądże! – odparł Black takim tonem, żeby Snape wiedział, że ma wszystko przeciwko jego obecności. – Ale, z tego co wiem, wszystkie sypialnie są zajęte… 
– To znaczy?
Mój drogi, czułbym się wprost okropnie z myślą, że musiałeś się gnieść na kanapie! – powiedział Syriusz tonem sugerującym, że chętnie ulokowałby Severusa w najgłębszej piwnicy i zamknął na cztery spusty do dnia Sądu Ostatecznego.
– Doprawdy? A co byś proponował?
– Ja wiem, madejowe łoże?
– Siri!
– Czego się tak głośno oburzasz, kobieto? – Black zwinął gazetę w rulon i ją żartobliwie pacnął. – Myślałem, że kacujesz.
– Ależ niepotrzebnie się martwisz. – Z niewiadomych względów, Snape nadal nie dał się wyprowadzić z równowagi. Syriusz uznał to za wysoce podejrzane. – Znalazłem sobie łóżko. Wprawdzie nie do końca wolne, ale-…!
W tym momencie Anastazja podniosła się gwałtownie z miejsca i wyciągnęła Nietoperza na korytarz, z trzaskiem zamykając za nimi drzwi kuchni i rzucając wokół nich najmocniejsze Silencio w swoim życiu.
– TY! – Dźgnęła go palcem w mostek, a potem zaczęła machać rękami. – Czy ty…?!
– Ciszej, Hexwood, obudzisz czcigodną panią Black. – Severus najwyraźniej świetnie się bawił jej kosztem. W jego poważnych zwykle oczach czaiły się wręcz pokłady rozbawienia. Anastazję zatkało. Widok rozbawionego mistrza eliksirów był nienaturalny, był wręcz niezdrowy
– Czy my…?! Wczoraj! – Znowu zamachała rękami, tym razem szepcząc.
Uniósł brew, świdrując ją intensywnie wzrokiem. Krzywy uśmieszek triumfu nie znikał z jego wąskich ust.
– Odpowiedz mi! – zażądała, ale najwyraźniej jej wściekłe szepty ani trochę go nie przerażały, wręcz przeciwnie. Obrzucił ją dokładnym spojrzeniem od stóp do głów, a ona, oburzona, pacnęła go w ramię, co zrobiło na nim dokładnie zerowe wrażenie. Wyprostował się, wyraźnie zaznaczając dzielącą ich różnicę wzrostu. Zirytowała się jeszcze bardziej.
– Jesteś profesorem! – Próbowała go odepchnąć, ale okazał się być zaskakująco silny, jak na tak chudego faceta, i ani drgnął. Uśmiechnął się nieco bardziej i nieco złośliwiej.
– Cóż za spostrzegawczość – powiedział cichym głosem, podszytym jadem i pogardą.
– Jestem uczennicą!
– Czyżby? – mruknął. – Salazarze, musiałaś przekiblować ze cztery klasy…
– No… Merlinie, byłam, czy to nie jedno i to samo?!
Uniósł brew, wyraźnie z pełną premedytacją wybierając ten właśnie moment na udawanie, że nie rozumie.
– Wczoraj ci to jakoś nie przeszkadzało – odparł, patrząc na nią sugestywnie.
Nie była nawet w połowie tak oburzona, jak udawała, że jest, ale uznała, że teraz musi dobrnąć z tym cyrkiem do końca. Znowu obrzucił ją wymownym spojrzeniem, a ona spojrzała po sobie i natychmiast zeszło z niej powietrze. Miała na sobie ubrania. Wczorajsze. Wymięte i… I wczorajsze. I była kompletną idiotką. Znowu zrobiła z siebie przed Snape’em kompletną idiotkę! Merlinie, Helgo i Roweno, dlaczego nie mogła pomyśleć zanim zaczęła robić awanturę?!
– Błysk świadomości w twych puchońskich, krótkowzrocznych oczach raduje me profesorskie serce – powiedział ironicznym i idealnie spokojnym tonem, choć okrutna satysfakcja i rozbawienie nadal nie znikało z jego oczu. Miała ochotę po prostu go zamordować czymkolwiek, co było pod ręką. Wypchaną głową skrzata ze ściany, jeśli będzie trzeba!
– Ja cię po prostu nienawidzę! – syknęła i dźgnęła go palcem w ramię, do wykonania czego musiała stanąć na palcach.
– Ostre słowa jak na niewinną uczennicę, panno Hexwood – kpił.
– Uch, zamknij się Snape, nie jestem już twoją podopieczną, psia mać!
Znowu uniósł brew, jak gdyby mówiąc „Ach, to ciekawe“,  a ona załapała, że jej poprzedni sposób rozumowania właśnie zatoczył błędne koło.
– Nieważne – machnęła ręką, ale potem znowu dopadły ją wspomnienia z wczorajszego wieczora. – Ale w takim razie…!
– Zasnęłaś – uspokoił ją, wyraźnie już się znudziwszy zabawą jej kosztem. 
– A ty tak po prostu postanowiłeś ułożyć się obok?! Jak słodko!
– Coś sugerujesz? – wycedził.
Zapomniała już, jak szybko dawał się zirytować i niemal ją to uspokoiło.
– Nie, po prostu…
– Wślizgiwanie się o trzeciej nad ranem do Hogwartu nie jest najlepszym pomysłem, panno Hexwood – powiedział z przekąsem. – Nawet jeśli jest się profesorem, a zwłaszcza jeśli jest się profesorem po kilku głębszych.
Zabrakło jej pomysłów na dalszą kłótnię, więc machnęła tylko ręką i spojrzała w bok.
– A nie powinieneś być tam teraz? – burknęła. – Wymyślać listy nowych sposobów dręczenia uczniów, czy co tam robisz w wolnym czasie?
– Morduję małe kotki, oczywiście. – Uśmiechnął się ironicznie. Nie mogła się powstrzymać i parsknęła śmiechem, ale zaraz się uspokoiła. Odchrząknęła. Żartujący Snape, nigdy się do tego nie przyzwyczai. Snape, który do tego wszystkiego miał cięty dowcip… Nie, to było nie do zaakceptowania. – Poza tym wypraszam sobie, taką listę opracowuję z wyprzedzeniem.
– Jasne. 
Umilkli na chwilę, wyraźnie wyczerpawszy pulę złośliwych uwag. Cóż, przynajmniej na jakiś czas…
– Hexwood. – Zbliżył się do niej, nagle znowu poważny. – Jedź ze mną jutro.
– Że co proszę? – Opadła jej szczęka. – Przepraszam, ale ja chyba jeszcze jestem pijana z wczoraj… Ale że niby co, będziesz tęsknił? – Uśmiechnęła się wybitnie złośliwie.
Przewrócił oczami. Te jej uśmieszki! Wyraźnie miał na nią zły wpływ.
– Nie pochlebiaj sobie, Hexwood. Skoro teraz jesteś – zawahał się, szukając odpowiedniego słowa – wolną kobietą… Zakon i te sprawy… Masz już tylko jedną sprawę do załatwienia. – Czasem się zastanawiał, czy ona wie, że z jej twarzy da się wyczytać dosłownie każdą jej emocję. – Choć może się mylę? – Uśmiechnął się z wyższością. Och, jak nie znosiła tego uśmieszku! Ten beznadziejnie podstępny, typowo ślizgoński uśmieszek mówiący „Wiem coś, na czym ci zależy“!
– Nie sądzę, żebyś miał cokolwiek, czego chcę – warknęła i odwróciła się na pięcie, idąc w stronę schodów. Oczywiście postanowił być doszczętnie lekceważący wobec jej desperackich prób zachowania twarzy i poszedł za nią; usłyszała znajomy szelest nietoperzowatego płaszcza.
– Żebyś się nie przeliczyła. – Złapał ją za ramię, ale strzepnęła niecierpliwie jego rękę i odwróciła się do niego szybko. Gdyby była wyższa, prawdopodobnie zderzyliby się nosami.
– Posłuchaj no, ty! – Wycelowała w niego palec, który znowu sięgał mu najwyżej do mostka. Snape uniósł brew, uprzejmie czekając na ciąg dalszy. – Nie wiem, co ty tam sobie wymyśliłeś w związku z badaniami Merricka, ale mogę ci je dać już teraz, natychmiast i sprawa będzie z głowy! – Ha! Tu go miała! Była pewna, że o to mu chodziło! Ale patrząc na wyraz jego twarzy, zauważyła, że znowu się pomyliła… Cholera!
– Dobra. O co znowu chodzi, ty cholerny Ślizgonie? – Skrzyżowała ręce i spojrzała na niego, miała nadzieję, wyzywająco. Nie, jednak nie, bo rozbawiła go jeszcze bardziej. Co za irytujący…!
– Niestety… Będziesz musiała zobaczyć na własne oczy. – Skinął jej sztywno głową  na pożegnanie i poszedł do drzwi wejściowych, łopocząc dramatycznie szatami.
– Dobra, pojadę! – krzyknęła za nim, ciesząc się, że nie widzi jego, zapewne, triumfalnego wyrazu twarzy. – Ale tylko dlatego, że cię nienawidzę!
– Oczywiście. – Odwrócił się do niej przodem i sparodiował dworski ukłon, niezmiernie z siebie zadowolony. – Uczucie całkowicie odwzajemnione.
– Uch! Jako nauczyciel jesteś przerażający, ale teraz zwyczajnie nie mogę cię znieść!
– Robię, co mogę. – Wyszedł w samą porę, gdyż zaraz potem w korytarzu powstał rumor i rozgardiasz. Molly Weasley wróciła z młodzieżą z Pokątnej. Anastazja pobiegła po schodach na górę i zamknęła się w pokoju, udając, że nie widzi podejrzliwych spojrzeń, jakie posyłał jej Syriusz.

**

Jean Granger wytarła z zadowoleniem ręce o dżinsowe ogrodniczki i uśmiechnęła się z niejaką dumą w stronę świeżo przekopanych grządek. Warzywny ogródek był jej radosnym hobby, które pozwalało się zrelaksować po ciężkim dniu zaglądania ludziom w zęby, co nie zawsze było pracą lekką i przyjemną. Właściwie zwykle nieprzyjemną. Często miała ochotę zbesztać swoich pacjentów za fatalną higienę i żałowała, że nie mogła zostać ogrodnikiem, ale cóż. Nie zawsze dostajemy to, czego chcemy. 
Musi koniecznie napisać do Molly i podziękować za sadzonki dyni. Miała tylko nadzieję, że się przyjmą… Czy powinna wysłać list pocztą, czy sową? Czy czarodzieje w ogóle mają skrzynki pocztowe?
– Hermiono! Hermiono? Mogłabyś mi pomóc?

Jakież wielkie miało być zdumienie pani Granger, gdy rano odkryje, że magiczne sadzonki od Molly Weasley nie są magiczne tylko z nazwy. Dynie, jak gdyby wyczuwając swoją głębszą powinność, błyskawicznie wypuściły korzenie, szukając w ciepłej ziemi odpowiedniego miejsca i moszcząc się w świeżej glebie. Tak, to było właściwe miejsce, ale jeszcze nie ten czas. Teraz pozostało czekać…

2 komentarze:

  1. No dobra! Mam tylko trzy słowa komentarza, a właściwie trzy litery: WTF z tymi dyniami?! No dobra, to są trzy litery i trzy słowa... Cztery litery i dwa słowa? Zamotałam się! Ale to wszystko Twoja wina, bo o co chodzi z tymi dyniami?! Tak się nie kończy rozdziałów, bo co to ma być, że przez cały rozdział seksowne Nietoperze wyżywają się na niewinnych dziewczątkach, a potem nagle jakieś dynie...
    Ómarłam. Serio.
    Po dzisiejszym dniu te dynie to było dla mnie za wiele. Gwóźdź do trumny. Nie myślałam, że to w ogóle możliwe, ale dynia przyćmiły mi Nietoperza! . To najlepszy znak, jakie dobre były te dynie, o Roweno!
    Kiedy czytałam rozdział miałam w głowie mnóstwo bystrych komentarzy, przenikliwych złośliwości na temat Nietoperzy wędrujących po dziewiczych sypialniach i wykorzystujących sytuacje, a potem jeszcze wypominających bezczelnie to i owo w towarzystwie osób trzecich... A teraz wszystko, o czym myślę, to dynie.
    Za karę musisz napisać coś dalszy.
    Teraz.

    Ave!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiedziałam, że dynie mogą być interesujące. Kto by pomyślał!
    Czekam na więcej, a komentarz krótki, bo pisany z telefonu.

    OdpowiedzUsuń