sobota, 2 maja 2015

Rozdział szesnasty

Jedziemy z tym dalej, kochani! Teraz już chyba bez trzymanki ;) 

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć

Harry nie zauważył nawet faktu kradzieży swojej różdżki. Jak miałby zauważyć, skoro Tatiana (która najwyraźniej była zaklinaczką Weasleyów) sobie tylko znanym sposobem namówiła bliźniaków do porozstawiania na całym Grimmauld Place swoich, zmieniających się w gumowe kurczaki, lipnych różdżek i nikt w domu nie mógł znaleźć swojej własnej przez bite dwa dni. Odwiedzający Artura, którego wypuszczono ze szpitala na Boże Narodzenie, Dumbledore uznał to za szalenie zabawne, czego nie można było powiedzieć o Molly. Zagoniła dowcipnisiów do pokutnego świątecznego sprzątania, co samo w sobie mogło nie być zbyt rozsądnym pomysłem. Porządki zaprowadziły ich na strych i do tajemniczego, czerwonego kufra Walburgi Black. Fred i George wrócili tego dnia do kuchni z niezwykle konspiracyjnymi uśmiechami na piegowatych twarzach.
Weasleyowie, Harry, Hermiona i siostry Hexwood spędzali święta u Syriusza, z czego ten niezmiernie się ucieszył i wpadł w istny bożonarodzeniowy szał. Ubrał z Harrym choinkę, pozakładał przerażającym, wypchanym głowom skrzatów z hallu czapki świętego mikołaja i podśpiewywał nieustannie kolędy.
Nawet Tatiana i Bill zdawali się zakopać na jakiś czas topór wojenny i wstrzymali się z wzajemnymi złośliwymi komentarzami (pakt pokoju wspomożony niewątpliwie nieocenionym mrocznym spojrzeniem Molly Weasley numer siedemnaście, cykl „Spojrzenia na każdą okazję“: „Ani mi się ważcie psuć atmosfery świąt, bo inaczej…!“). Rzeczona atmosfera świąt nie udzieliła się chyba tylko dwóm osobom. Pracoholiczka Hexwood, jak ochrzciła ją własna siostra, od kilku dni spędzała ze Snape’em całe godziny w bibliotece Blacków, głośno dyskutując na tajemnicze tematy klątw, rdzeni numerologicznych, różdżek i tym podobnych, milknąc konspiracyjnie, gdy ktokolwiek się do nich zbliżył. Nawet Bill trzymał się z daleka i wolał zająć rozgryzaniem mechanizmów wikińskiego miecza w samotności, niż z tą dwójką.
Severus właściwie z nikim innym poza Puchonką nie rozmawiał, wpadał tylko do Kwatery i wypadał, wyraźnie dając do zrozumienia, że przybywa wyłącznie w celach służbowych. Osobiście, Harry Potter czasami naprawdę podejrzewał mistrza eliksirów o bycie wampirem i dziwił się, że nikt nie wymachuje na niego krzyżem, choćby profilaktycznie.
– Hexwood! Mogłabyś łaskawie przez chwilę posłuchać? Te notatki nie mają sensu, jesteś pewna, że Merrick czegoś nie pominął? – Snape krążył w tę i z powrotem za kanapą, na której siedziała czarownica, zasypana pergaminami różnej wielkości i kombinująca jak wcisnąć do przepełnionej już popielniczki kolejny niedopałek. Molly zaprzestała już papierosowych bojów z tą dwójką, biblioteka stała się ich niespisanym, nikotynowym gruntem neutralnym.
– Słucham przecież! – Podwinęła czarną spódnicę i usiadła. – Gdzie miał coś niby pominąć? Zabrać ze sobą do Azkabanu?
Severus przewrócił oczami i rzucił na popielniczkę szybkie Evanesco.
– Ach. To był dobry pomysł… – ziewnęła. 
– Tak. – Zmarszczył czoło. – Dziwię się, że jeszcze siedzisz prosto. Spałaś w ogóle? – Odłożył niecierpliwie kartki na fotel i otworzył okna. Do środka wpadł lodowaty wiatr, rozpraszając nieco szary dym z papierosów i z przemęczonych już umysłów.
– Nie. Czytałam to cholerstwo. – Wskazała opasłe, rosyjskojęzyczne tomiszcze autorstwa Gregorowicza. – Nic o rdzeniach, które mają jakieś właściwości chociaż zbliżone do… Tego. A już z pewnością nic o czarnomagicznych feniksach! – Machnęła ręką i zdjęła okulary, wracając do pozycji horyzontalnej na wygniecionej kanapie. Mistrz eliksirów obrzucił ją zagadkowym spojrzeniem, odsunął jej nogi nieco do tyłu i usiadł obok.
– A jeśli to nie feniks? – powiedział cicho i odchylił się na oparcie. – Feniks specjalnie nie pasuje mi do przewodzenia demonicznej energii, a tobie?
Anastazja otworzyła jedno oko. Włosy dawno już wymknęły jej się z koka, podkrążone oczy na bladej twarzy przyprawiały ją o wygląd Śmierci na urlopie, a ubrania wiadomego pochodzenia upodabniały do Bellatrix Lestrange na tyle, że gdyby Severus nie wiedział lepiej, mógłby się pomylić. Niepokojąca wizja.
– Co to znaczy: nie feniks? Ollivander się nie myli.
– Ale Ollivander może kłamać – uznał, zgodnie ze swoją ulubioną zasadą „Wszyscy kłamią.“
– A po co miałby…?
Siedzieli chwilę w ciszy, rozważając, a potem jak na komendę poderwali się w stronę środkowego regału, gdzie każde próbowało dopaść pierwsze do opasłej księgi Newta Skamandera. Severus być może wygrał wzrostem, ale książka została mu odebrana – sprytnie ukierunkowanym kuksańcem pod żebra. Anastazja szybko porwała „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć“, po czym rozłożyła się z nimi na dywanie, przesuwając niecierpliwie palcem po spisie treści. Snape stanął nad nią jak złowrogi duch i zaglądał jej przez ramię. Nie wiedzieli nawet, że przeciąg otworzył niedomknięte drzwi i są pilnie obserwowani: 
– Myślisz, że wiedzą?
– Co wiedzą?
– Że są zakochani?
– Coś ty, gdzie tam! Prędzej Syriusz i Lupin ogłoszą zaręczyny.
– Zamknij się, bo usłyszą!
– Grzeczniej, Georgie.
– Za pozwoleniem – zamknij się, Fredziu.
– A właśnie, gdzie jest Lupin?
– Czy możemy w czymś pomóc? – wysyczał nagle lodowaty głos, przerywając dialog. Snape stał przodem do drzwi, z miną wróżącą mordercze zamiary, gdy tymczasem niewzruszona Anastazja dalej kartkowała atlas. Bliźniacy spojrzeli po sobie porozumiewawczo i czmychnęli czym prędzej do kuchni.
– Chodź tu, chyba coś mam. – Pociągnęła stanowczo Severusa za szatę, czego się zwyczajnie nie robiło wobec poważnego mistrza eliksirów, a poważny mistrz eliksirów już zwłaszcza nie siadał z nikim na dywanie, ale cóż. Oto siedział, w akompaniamencie burknięć i westchnięć, ale uznając, że bolą go nogi od tego łażenia w kółko i nie ma co się kłócić z niedospaną wariatką. Nachylił się nad książką.
– Co niby masz?
– Przeglądam wszystkie zwierzęta z piórami. – Związała włosy, żeby nie wpadały jej do oczu. – Co myślisz o gryfie? Albo hipogryfie? Może kłamał i to są ich pióra, tylko nie chciał się przyznać. – Wodziła wzrokiem po tekście. – Feniks z pewnością brzmi dużo bardziej imponująco…
– Pióra gryfa nie mają żadnych magicznych właściwości, wątpię też, żeby hipogryf był szczególnie potężny w tej dziedzinie. – Snape rzucił podejrzliwe spojrzenie nadal uchylonym drzwiom biblioteki, po czym wstał i zamknął je stanowczo.
– Czy chimera ma pióra?
– Nie.
– Dirikrak? Ma pióra, nie?
– Wywołują mdłości, jeśli dodasz ich do eliksiru, poza tym nic spektakularnego. – Usiadł na kanapie i obserwował Anastazję z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Pochylała się nad księgą i co chwila nerwowo poprawiała za duże okulary. Severus marszczył coraz bardziej brwi, pogrążony we własnych myślach. 
– Druzgotki… Hm, no i oczywiście feniks, tak… Ale nic poza tym, co już wiemy – mówiła cicho sama do siebie. – Kappa. Kelpia… To może pegaz? – Snape rzucił jej spojrzenie pełne pogardy. – Uch! To beznadziejne! – Położyła się na dywanie i przymknęła oczy. Była tak zmęczona, że dzwoniło jej w uszach. – Nie znajdziemy nic dziwnego, co normalnie ma pióra, bo zwyczajnie nie ma niczego więcej! A może to jakiś nieodkryty gatunek? – Usiadła znowu. – Odmiana feniksa? Krzyżówka? Krzyżówka podłych, czarnych feniksów? A co z lelkami? Lelek wróżebnik?
– Pióra odpychają atrament, nie da się nimi pisać i to by było na tyle.
Severus wstał i wytrząsnął z paczki ostatniego papierosa. Zaciągnął się w zamyśleniu. Co jeszcze może mieć pióra? Co normalnie ma pióra? Ale co… Co ona właśnie powiedziała? A jeśli coś nie ma piór? Zazwyczaj, to znaczy? Normalnie?
– Hexwood. – Stanął pod oknem, a ona, wróciwszy do leżenia w poczuciu beznadziei, zwróciła głowę w jego stronę. – A jeśli to coś… Jeśli Ollivander nie kłamał, ale po prostu myślał, że to feniks, bo to coś jest zmiennokształtne?
Ana znów usiadła, uznając, że Snape musi być albo geniuszem, albo wariatem, w każdym razie jego umysł był rzeczywiście wybitny i miała ochotę przytulić jego mózg. Czy… Czy coś, jej gust w obecności błyskotliwych mężczyzn obrażał się i wyjeżdżał. Merlin jeden wiedział, dlaczego inteligencja tak bardzo na nią działała.
– Snape. Wiesz, że jesteś jakimś…?
– Dobra, to może zbyt dalekosiężny pomysł, oszczędź mi. – Przerwał jej i zgniótł papierosa w popielniczce, trochę zły na siebie. Chyba miała na niego zły wpływ. Tak, to z pewnością wpływ jej poronionych planów. Które w końcu okazywały się być dobrymi pomysłami, tak jak różdżka Pottera i… Nieważne! Puchoni i dobre pomysły, też coś!
– Chciałam właśnie powiedzieć, że jesteś genialny! Ale nie spałam od półtorej doby, więc nie bierz tego do siebie. Mamy więcej kawy? – Paplała nerwowo, przeglądając atlas w kierunku stworzeń zmiennokształtnych. 
Snape marszczył się i krzywił za jej plecami, uznając w końcu, że nic nie odpowie, a kawa i tak się skończyła. Anastazja pytała o nią już średnio co pięć minut. Osobiście optował za tym, żeby tej kobiecie nie dawać, Merlinie broń, więcej kofeiny, pod pozorem uszkodzenia systemu nerwowego – który chyba i tak już ledwo zipał, ale to osobna sprawa. Najlepiej byłoby ją wcisnąć do łóżka, bo wyglądała jak ilustracja poglądowa eksplozywnego szaleństwa i bezsenności. To znaczy… To łóżko to jako instrument zmuszający do spania, nie do… Salazarze, on też musiał się wyspać!
– Kelpia. Snape! Kelpia! To musi być to! – wykrzyknęła, zapewne z obłędem w oczach, choć nie mógł zauważyć, bo pochylała się nad tekstem tak blisko. Odsunął ją stanowczo na bok i czytał razem z nią.
– Kelpia zmienia się w co chce i jest wystarczająco morderczym potworem, żeby różdżka z czymś takim w środku miała dostatecznie upiorne właściwości! – Kiedy była tak podekscytowana naukowymi odkryciami, jej oczy błyszczały tak… Nawet całkiem ładnie. Mistrz eliksirów potrząsnął szybko głową i skupił się na tekście. – Snape! Jesteś geniuszem! – Złapała go za szaty i przyciągnęła go bardzo blisko siebie. Poczuł ziołowy, dziwny zapach jej włosów, który w sumie nie był do końca nieprzyjemny… – Musimy wiedzieć, gdzie Ollivander znalazł tego feniksa, idziemy na Pokątną! – Jej różnokolorowe tęczówki drgały lekko na boki, wyraźnie dając do zrozumienia, że zaraz padnie z przemęczenia i chyba sama jeszcze o tym nie wie, więc Snape cierpliwie zdjął jej ręce z siebie i posadził ją stanowczo na sofie.
– Ty nigdzie nie idziesz, to raz. Nie spałaś, jak sama się pochwaliłaś, od półtorej dobry – to dwa. Idziesz się wyspać, a na Pokątną pójdę jutro sam.
– Ale…!
– Zaufaj mi, że Ollivander nigdzie się nie wybiera, dziś i tak jest święto i gwarantuję, że właśnie obżera się indykiem z rodziną – tłumaczył jej powoli i spokojnie, jakby miała cztery lata albo była niedorozwinięta.
– Święto? Jakie święto? Lasu chyba. – Znowu ziewnęła i zdjęła okulary. Ułożyła się na kanapie, teraz dopiero czując, jak bardzo jest zmęczona.
– Boże Narodzenie, Hexwood – mruknął niechętnie, bo dopiero teraz dotarło do niego, że prawdopodobnie będzie musiał wrócić do Hogwartu. Szczerze wolał tu zostać i dyskutować o kelpiach, z dwojga złego było to z pewnością najmniej nieprzyjemne Boże Narodzenie od dawna. Anastazja tymczasem zamknęła oczy, więc odsunął od niej wszystkie książki, notatki i popielniczkę. W przypływie miłosierdzia przykrył ją kocem, wycofując się dyskretnie z biblioteki.

**

– Co to znaczy: „nie zejdą na obiad“?! – Molly Weasley podparła się pod boki, patrząc na swoich bliźniaków z mieszanymi uczuciami. Doprawdy, czasem wątpiła w tę dwójkę i ich przyszłość, gdy tak przed nią stali i wymieniali się wymownymi spojrzeniami.
– Normalnie. Siedzą i gruchają nad jakąś książką – wykrzyknął Fred, podczas gdy na myśl o gruchającym Snapie, krztusząc się pieczonym ziemniakiem, Chłopiec Który Przeżył wyglądał jakby wolał jednak być Chłopcem Który Zginął.
– Nic mnie to nie obchodzi! Wpada tu jak po ogień i wypada, więc równie dobrze może zjeść indyka! – Molly trzepnęła dramatycznie ścierką, wyraźnie czując matczyną powinność wobec całego świata. Syriusz, na myśl o rodzinnych świętach w towarzystwie Snape’a, wyglądał jakby raczej wolał połknąć na raz całą zawartość schowka bibelotów Stworka. Jedyną osobą nieporuszoną całą sytuacją była Tatiana, która metodycznie nakładała sobie więcej marchewki z groszkiem, korzystając z faktu, że Bill jest rozkojarzony i nie będzie jej wyjadał. Ich marchewkowa wojna była częścią niemal każdego wspólnego posiłku.
– George…
– Bracie szanowny?
– Może pójdziemy jeszcze raz? – W oczach Freda zatańczyły złowieszcze błyski.
– Przerwać ślizgońskie gody? Ani myślę! – George usiadł obok Hermiony, która grzebała niemrawo w swoich ziemniakach, będąc myślami zupełnie gdzie indziej.
Syriusz dolał sobie ajerkoniaku i zaproponował Harry’emu, który wzruszył ramionami, uznając, że skoro musi spędzać ze Snape’em już chyba każdy moment swojego życia, to chyba nie musi tego robić z pełną przytomnością.
– Nie mów mi, że się boisz Nietoperza, Georgie?
– Przyznasz, że idea jest raczej katastrofalna.
– A co niby jest katastrofalnego w chodzeniu ze Ślizgonem?! – wykrzyknęła nagle Hermiona, nie zdając sobie sprawy jak głośno. – To znaczy… – Umilkła, spłonąwszy ognistym rumieńcem. Bliźniacy spojrzeli po sobie wymownie, a Ron wytrzeszczył oczy. Oho!
– Hermiono! 
– Och, przymknij się, Ronaldzie! Postanowiłeś się do mnie odezwać po raz pierwszy od miesiąca i to wszystko, co masz mi do powiedzenia? Gratuluję! – Wstała i dramatycznie wymaszerowała z jadalni, podczas gdy Molly próbowała rozstrzygnąć wewnętrzny konflikt pomiędzy sympatią do Hermiony a jej traktowaniem Rona, który oczywiście był tu niewinną ofiarą, no bo jakżeby inaczej.
– Ja byłam w Slytherinie i jakoś nie wyrosłam na potwora z pięcioma nogami, w tym jedną wystającą z czoła – powiedziała nagle Tatiana, uśmiechając się swobodnie. – Ślizgoni to w większości mili ludzie, zdarzają się oczywiście czystokrwiści ekstremiści, ale nie wszyscy są tacy – dodała niezobowiązująco, jak gdyby mówiła o pogodzie, a nie młodzieży, która po części rwie się do zasilenia szeregów Voldemorta.
Wytrącony z letargu Bill spojrzał w jej stronę z drugiego końca stołu, zastanawiając się nagle, co powiedzieć. W końcu postanowił milczeć. Ostatnio przy Tatianie milczał całkiem często.
– Och, na Merlina! – Molly usiadła w końcu przy stole obok Artura, nakładając sobie indyka i wyraźnie w końcu machnąwszy na wszystko ręką. Chwilę potem nastrój przerwano ponownie, więc Syriusz nastawił na adapterze jakąś pozytywną płytę z jazzem. W hallu zapanowało zamieszanie i Walburga Black postanowiła o sobie przypomnieć. Jej jedyny żyjący syn ruszył, by ją uciszyć, minąwszy się w drzwiach z Tonks, Lupinem, wyjątkowo chudym nastolatkiem o spojrzeniu knującego chochlika oraz postawną starszą damą w czerni, która rozglądała się wokół z dezaprobatą. 
– Jak rozumiem, wszyscy są czarodziejami? – zapytała w końcu, przerywając pełne konsternacji milczenie.
– Eee… Tak. Wszyscy, to jest madame Turner, moja… To jest… Babcia Teodora. Mojego… Mojego syna. – Lupin przestąpił z nogi na nogę, po kolei przedstawiając wszystkich onieśmielającej damie, podczas gdy Harry i Teodor obrzucali się niechętnymi spojrzeniami. Wiedzieli już od dawna o życiowej rewelacji Remusa, ale Potter nigdy by nie przypuszczał, że syn najprzyjemniejszego faceta, jakiego znał, jest jakimś… Ślizgonem!Dobrze się znali ze szkoły, młody Turner był kimś w rodzaju mrocznej wersji bliźniaków Weasley, zawsze skory do wpakowania Gryfonów w tarapaty. 
Molly tymczasem podniosła się z krzesła i machnięciem różdżki dyplomatycznie wyczarowała przy stole dodatkowe miejsca dla niespodziewanych gości. 
– Zastanawiam się… – Mugolka podeszła do Molly, obrzucając ją taksującym spojrzeniem i wskazując na jej różdżkę. – Co sprawia, że to ustrojstwo właściwie działa i strzela iskrami? I czy poradziłoby sobie z zardzewiałą skrzynią biegów? Uruchamia tym pani samochód?
– Przepraszam? – Pani Weasley cofnęła się nieco z konsternacją, podczas gdy jej mąż wyraźnie się uaktywnił i zaprosił damę do zajęcia miejsca między sobą a Tatianą. Zaraz zaczął ją z ożywieniem wypytywać o skrzynię biegów i o to, czy faktycznie jest skrzynią i czy mugole lubią w takowych biegać. Tymczasem do jadalni wrócił nieco zdyszany pan domu i klepnął Lupina serdecznie po ramieniu.
– W końcu jesteście! To on? Podobny! – Spojrzał na Teodora i wyciągnął w jego stronę rękę. – Syriusz Black.
– Mowa, Remus mi opowiadał! – Chłopak był wyraźnie zachwycony obecnością „podejrzanego kryminalisty“ i energicznie potrząsnął jego dłonią. – Teddy Turner, bardzo mi przyjemnie! – przedstawił się, po czym z pełną swobodą i bezczelnością usiadł na wolnym miejscu między Harrym i Ronem. Zaczęli się dyskretnie kopać nawzajem pod stołem. Stężenie ilości Ślizgonów przy obiedzie wyraźnie osiągało dla Gryfonów pewien dramatyczny zenit.
Lupin i Tonks usiedli obok siebie, wymieniając porozumiewawcze uśmiechy, a Molly patrzyła na to wszystko z lekkim niepokojem. Panna Hexwood, sama już lekko weselsza, dolała starszej pani Turner wina, za co została obdarzona nieco bardziej aprobującym spojrzeniem od innych.
– Cóż, Severus do nas nie dołączy? – Artur postanowił nieostrożnie wrócić do poprzedniego tematu.
– Minęliśmy go w hallu – powiedziała Tonks, sięgając po indyka.
– Podejrzewam, że obudzenie portretu było sprytną dywersją – mruknął Syriusz.
– Jakbyś zgadł! – Remus nieco się rozluźnił i z wyraźnym rozczarowaniem zauważył nieobecność hrabiny Oleńskiej.
– Twoja babcia do nas nie dołączy? – zapytał Tatiany.
– Ona… – Zawahała się. – Spędza święta z przyjacielem.
– Z przyjacielem? – Tonks uśmiechnęła się wymownie, ale Tatiana zmrużyła oczy i aurorka szybko się przymknęła. – A gdzie twoja siostra? – Zmieniła temat.
– Właśnie nie wiem… – Panna Hexwood wstała od stołu. – Nie wyszła razem ze Snape’em? 
– Może… – zaczął George.
– … wciąż siedzi w bibliotece? – dokończył Fred, uśmiechając się wrednie.
– Uch! Anastazjo Hexwood, jak nie wyciągniesz zaraz nosa z książek, to ci jakąś przyczepię zaklęciem do twarzy, słyszysz mnie? – Tatiana wyszła z jadalni i pobiegła po schodach na trzecie piętro. Tam jednak zastała swoją siostrę ledwo przytomną, drzemiącą na kanapie. Wokół na dywanie leżały porozrzucane wiatrem kartki i otwarte książki o mniej lub bardziej dziwnych tytułach i treściach.
Tatiana, uznając po raz kolejny w swoim życiu, że jej młodsza siostra jest kompletnym naukowym dziwadłem, po cichu zamknęła za sobą drzwi.

**

Tygodnie mijały i zamieniały się w miesiące, a Snape i Anastazja nie znaleźli żadnego rozsądnego sposobu na dostanie w swoje ręce różdżki Voldemorta. Wiedzieli już natomiast, z czego składał się tajemniczy rdzeń. Ollivander opowiedział całą historię, gdyż mało kto był tak odważny, by wytrzymać najbardziej przenikliwe ze spojrzeń mistrza eliksirów i nie przyznać się do niczego.
Severus odwiedził sklep różdżkarza w dzień po Bożym Narodzeniu, gdy Pokątna była pusta jak bazylika w nocy i skąpana w strugach deszczu. Widocznie śnieg jeszcze nie przypomniał sobie o swoim świątecznym obowiązku. Dzwonek nad drzwiami frontowymi przywołał Ollivandera do lady. Starszy czarodziej poprawił brunatny surdut i spojrzał na Snape’a ze zdumieniem. Siwe włosy sprzedawcy były chyba jeszcze bardziej zmierzwione, niż zwykle.
– Panie Snape? Cóż też pana do mnie sprowadza? Czyżby potrzeba nowej różdżki?
– Nie. Stara ma się świetnie – odparł Snape, niezbyt uprzejmie. 
– Ach, całe szczęście! – Ollivander wyraźnie się ucieszył. – Dalbergia melanoxylon, niezwykle twardy heban i chyba jeden z najtrudniejszych materiałów na różdżkę, z jakimi miałem do czynienia. Pańska była ostatnia z tego drzewa, więcej tego nie zamówiłem – paplał czarodziej nerwowo, jak gdyby sama obecność Severusa utwierdziła go w przekonaniu, że coś jest na rzeczy. – Świetna do uroków, oczywiście kompletnie niegiętka, ale…
– Panie Ollivander. – Mistrz eliksirów postąpił krok w stronę lady, a różdżkarz cofnął się nieco, całkowicie przytłoczony mroczną aurą, jaką roztaczał wokół siebie młodszy czarodziej. – Przyszedłem zapytać o kelpię.
– Kelpię, panie Snape? – wydusił słabo, a podwójny szpieg miał wrażenie, że sprzedawca doskonale wie, o co mu chodzi i było to coś, czego lękał się od dawna.
– Kelpię. Tę kelpię, którą wziął pan kiedyś za feniksa.
Ollivander zbladł jeszcze bardziej, a zmarszczki na jego twarzy jak gdyby się bardziej pogłębiły.
– Nie wiem, o czym pan…
– Wiesz. Ollivander, wiesz i nie chcesz się przyznać, a jest to sprawa dalece ważniejsza od twojej reputacji wytwórcy różdżek! – Snape nie był człowiekiem o wielkiej cierpliwości. – Chodzi o…
– O Mroczny Znak – powiedział cicho różdżkarz i wyszedł zza lady. – Pozwoli pan za mną, panie Snape. – Poprowadził go wzdłuż, zdawałoby się nieskończenie długich, regałów z małymi pudełkami, w których drzemały różdżki, czekające na swoich czarodziejów. Przez moment Severus miał wrażenie, że niemal słyszy ich szepty, ale potem uznał to za szum w uszach, być może zostało tam jeszcze trochę deszczu.
– Podróżowałem po Szkocji wiele lat temu, panie Snape. Będąc jeszcze młodym czarodziejem, bez cienia samokrytyki i przepełniony chęcią podtrzymania świetności spuścizny Ollivanderów. – Wszedł z nim do swojej pracowni, która była małą, ciasną i zawaloną ścinkami drewna kanciapą na samych tyłach sklepu. – Nie byłem jeszcze zbyt dobry w tym, co robiłem. Byłem niedoświadczony, ale żądny sławy, o tak. Chciałem tworzyć potężne różdżki. Najpotężniejsze! – Podszedł do ogromnej szafy pod ścianą i otworzył jej podwójne drzwi. Wewnątrz, na półkach, stały słoiki z przezroczystego szkła, mniejsze i większe, niektóre o mniej, niektóre o bardziej fantazyjnych kształtach. 
– Rdzenie, panie Snape. – Wyjaśnił. Wyciągnął pomarszczoną dłoń w kierunku najwyższej półki, przesunął parę słoików i wyciągnął ten z najdalszego końca, zakurzony i niepozorny, dokładnie zatkany pieczęcią z gliny. – Glina, panie Snape, nie przewodzi magii. A to… To jest pióro, trzecie i ostatnie, które ukradłem feniksowi spotkanemu pewnej nocy na brzegu jeziora Loch Ness. – W słoiku leżało, czarne jak smoła, połyskujące zgniłą zielenią pióro, które drgało niekontrolowanie i w oparach czarnego dymu zmieniało swoją postać i kształt. Za chwilę zmieniło się w kępkę włosów, potem w szczurzy ogon, potem znowu w pióro innego kształtu. – Nie wiedziałem wtedy, że z pewnych magicznych stworzeń różdżek tworzyć po prostu nie należy. Szczerze wierzę, panie Snape, że przyczyniłem się do straszliwej potęgi Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać i na samą myśl o tym… – Ollivander zauważył zdumiony wzrok Snape’a, który już wyciągał rękę po słoik, ale różdżkarz był szybszy. Odstawił naczynie z powrotem do szafy. – Przypuszczam, że chce pan usłyszeć, dlaczego dokładnie Harry Potter posiada taką samą różdżkę?
– To już wiem.
– Ach. To dobrze. Ja sam do końca nie jestem pewien. – Starszy czarodziej oparł dłoń o drzwi szafy. – Panie Snape, być może młodzieńcza naiwność jest niewybaczalna, ale wtedy myślałem, że sam Merlin zesłał mi tego feniksa. 
– I nie pomyślał pan, że feniksy nie gniazdują przy wodzie? – Severus nie mógł się powstrzymać od wybitnie szorstkiego tonu. Jak Ollivander mógł być tak głupi! To tak jakby zrobił różdżkę z rdzeniem z diabelskiego rogu!

– Przypuszczam, że po prostu chciałem wierzyć w swoją powinność. Czy nigdy nie zdarzyło się panu przeć do przodu i myśleć, że coś jest słuszne? Pomimo tego, jak wiele głosów podpowiada panu przeciwnie? – Wbił w Snape’a przenikliwe, niebieskie oczy, a były Śmierciożerca czuł wręcz fizycznie, że właśnie wytrącono mu z ręki wszelkie argumenty do prawienia kazań. Zerknął z niechęcią na swoje lewe przedramię, po czym skinął różdżkarzowi krótko głową i czym prędzej wyszedł z powrotem na Pokątną.


4 komentarze:

  1. Poza tym, że Ana została przykryta kocem dwa razy, to wszystko cud, miód i orzeszki.
    Podoba mi się rozkmina z różdżką, bardzo oryginalna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha faktycznie :) W trosce o jej ciepło, jak mniemam. Dziękuję za komentarz, cieszę się, że Ci się podoba :) Oczekuj nowości wkrótce! (zgodnie z moim porąbanym zwyczajem/życzeniami wena)

      Usuń
    2. Yyyy... ten. Rozdział nowy u mnie.
      [w-cieniu-pozogi.blogspot.com]

      Usuń
  2. Kolaboracja między rudymi (bliźniacy + Tatiana), subtelna wymiana uprzejmość między starymi znajomymi z użyciem stołu i kolan (Teddy + Gryfoni), i dużo Any i Snape'a, czyli same przyjemność :)
    Lilka

    OdpowiedzUsuń