Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

piątek, 10 kwietnia 2015

Rozdział siódmy

You Stole My Cauldron But You Can’t Have My Heart1

Znoszenie Snape’a w Hogwarcie to jedno. Jego zgryźliwe i pełne niezadowolenia wpadanie i wypadanie z zebrań Zakonu w każdy czwartek to drugie, ale, na wszystko, co dzielne, czerwone i gryfońskie!, tolerowanie go dwadzieścia cztery godziny na dobę w czasie wakacji to już całkiem inna para kaloszy! Kiedy Harry dowiedział się o przedłużonym pobycie swojego „ulubionego“ nauczyciela na Grimmauld Place 12, nie dało się z nim wytrzymać. Ron Weasley, oczywiście w napadzie solidarności, przedstawiał sobą niemal identyczne objawy: podirytowanie, burkliwość i odpowiadanie na pytania Hermiony monosylabami. Teoretycznie rekonwalescencja Snape’a miała pozostać tajemnicą, ale Złota Trójca nigdy nie zostawała długo niedoinformowana, zresztą… Syriusz (niewątpliwa gryfońska solidarność była wręcz zaraźliwa) też nie krył się ze swoim niezadowoleniem z powodu nadprogramowego lokatora.
– Odniosłam wrażenie, że lubisz gości. Nie wiem po co te nerwy. – Anastazja z nieznośnym spokojem myła w kuchennym zlewie fiolki i próbówki do eliksirów, podczas gdy Syriusz dyszał nad nią wściekle. – Syriuszu, nie wyglądasz atrakcyjnie, kiedy nozdrza ci tak falują.
– Nic mnie to nie obchodzi jak wyglądam! Masz się go natychmiast pozbyć, kobieto! Co ci strzeliło do głowy?! Niańczyć Smarka! U mnie w domu! Też coś! – Black zamachał rękami, po czym posłał siedzącemu przy stole Mundungusowi spojrzenie nagłej śmierci numer dziesięć, gdy ten głośno wysiorbał resztkę herbaty z wyszczerbionego kubka. Nieświadomy grozy swego czynu Fletcher spokojnie wygładził dzisiejszego „Proroka Codziennego“ i dolał sobie więcej herbaty. I znowu siorbał. Syriusz wydał z siebie bliżej niezidentyfikowany odgłos bliskoagonalny i zamachał rękami.
– Syriuszu, przecież on tam nikomu nie przeszkadza, a nie jest w stanie nigdzie iść. Rzucili na niego co najmniej cztery Cruciatusy! 
– Ach, ci przyjaźni Śmierciożercy i ich zebrania Koła…
– Dung, nie wtrącaj się! – warknął Syriusz, po czym wrócił do świdrowania panny Hexwood nienawistnym wzrokiem. Anastazja, doświadczona humorami swojej  siostry, już nie takie rzeczy znosiła, więc pozostawała całkowicie opanowana. Sięgnęła po wiszącą za panem domu ścierkę, ale ten zerwał ją z haka pierwszy i wymierzył w nią zaciśniętą pięścią. Przewróciła oczami i poprawiła okulary.
– Syriuszu? Chcesz mi coś powiedzieć? 
– Żebyś wiedziała, że bardzo chcę ci coś powiedzieć!
– Za pomocą różowej ścierki w stokrotki?
– Co?! Ja…! To ścierka Molly! Nie zmieniaj tematu, podła wiedźmo! Już ja dobrze wiem, co uknułaś!
– Och, czyżby? – Uśmiechnęła się nieco złośliwie. Syriusz i jego wyżywanie się na niej działało jej już na nerwy. Od dwóch dni chodził zły jak gryf z kolcem w łapie i tylko czekał, by się na kimś wyładować. Wszyscy wiedzieli, że tym, na kim chciał się wyżyć najbardziej był Snape, ale ze względu na jego stan zdrowia Syriusz dostał na to swego rodzaju niespisany zakaz od Dumbledore’a. – Oświeć nas. Ja i pan Fletcher z pewnością umieramy z ciekawości. Panie Fletcher? – Mundungus obronnie zasłonił się „Prorokiem“, wyrażając swoją neutralność w tej sprawie strategicznie umiejscowionym siorbnięciem.
– Nie kręć teraz, moja droga, już ja dobrze wiem, co tu się święci! Od początku byłaś z nim w zmowie, żeby…!
– Żeby? Mój drogi, nie trzymaj nas teraz w napięciu, dokończ. – W jej głosie pojawiła się jednak jakaś ostrzegawcza nuta i Black chwilowo stracił rezon.
– Nie wiem jeszcze! Ale się dowiem! – Wrzucił ścierkę do zlewu. – Nie wiem też, czemu robisz mu te lecznicze zupki…!
– Eliksir. Jedyne, co robię, to warzę mu eliksir przeciwbólowy.
– Nieważne! Nie wiem, czemu ktokolwiek z własnej woli miałby leczyć Snape’a! Ale się dowiem, a wtedy…! – Na chwilę zabrakło mu tchu.
– Wtedy? – zapytał usłużnie Mundungus.
– Moja zemsta będzie straszna! – Złapał znowu ścierkę, która okazała się być pomocnym w tworzeniu dramatyzmu rekwizytem.
– Syriuszu? – zapytała nieśmiało Ana.
– CZEGO?!
– Jeśli nie masz nic przeciwko, chciałabym jednak pożyczyć tę ścierkę. W celach światowej zagłady, oczywiście.
Ścierka została demonstracyjnie rzucona na podłogę, a Black wyszedł z kuchni, głośno tupiąc. Mundungus wysunął swój zaczerwieniony nos zza gazety i odchrząknął teatralnie. Anastazja posłała mu ostre spojrzenie zza okularów, więc schował się z powrotem.
– Ja nic nie mówiłem…
– Tak właśnie myślałam. – Podniosła nieszczęsną ścierkę i zaczęła wycierać fiolki.
– Po prostu…
– A jednak?
– Po prostu nikt nie może zrozumieć, czemu to robisz. To wszystko. Nie dziw mu się, Snape i Syriusz to odwieczni wrogowie – wyjaśnił spokojnie Mundungus i odłożył gazetę. Machnął różdżką i wylewitował dwa kawałki chleba do tostera.
– Ja to rozumiem. – Przestała na chwilę wycierać i oparła się o zlew. – Snape też nie jest moją ulubioną osobą, ale przecież Syriusz nie dałby mu umrzeć na progu! Nie jest taki.
Mundungus uniósł jedną brew.
– O nie, on by go pewnie jeszcze dobił!
– Nawet po tym, co Snape robi dla Zakonu?!
Zwłaszcza po tym, co Snape robi dla Zakonu. – Złożył gazetę w równy prostokąt. Zauważył jej skonfundowaną minę i westchnął ciężko. – Siri siedzi cały dzień w znienawidzonym domu swojej matki, tarzając się na strychu z hipogryfem i robiąc Merlin wie co, podczas gdy jego szkolny wróg wychodzi na niebezpieczne akcje i gra bohatera, przy okazji jeszcze przychodząc tu co tydzień i rzucając mu tym faktem prosto w twarz. Jak myślisz, jak Syriusz się z tym czuje?
Anastazja spuściła oczy i pokiwała powoli głową, wściekła na siebie, że dała się wciągnąć w niedojrzałą kłótnię. Owszem, to, co powiedział Syriusz nie było sprawiedliwe, ale przez ten cały czas jej pobytu na Grimmauld Place był dla niej tylko i wyłącznie bezinteresownie miły, mogła pohamować swoją złośliwość. Albo przynajmniej wykazać większą wyrozumiałość. 
– Rozumiem – powiedziała cicho. – Ale wy też zrozumcie, że robię to całkowicie charytatywnie! Ktoś musi. Madame Pomfrey jest zajęta w Hogwarcie, a ten eliksir to naprawdę żadna fatyga. – Fletcher uniósł jedną brew. – Ja… Snape zaopiekował się moją siostrą, kiedy tego potrzebowałyśmy! – Machnęła ręką i odwróciła się, wycierając dramatycznie resztę narzędzi. – Odeskortował ją w bezpieczne miejsce. Narażając życie! Na pewno. To znaczy… Gdyby tu była, to pewnie sama by się nim zajęła. – Łgała dalej, brnąc w zaparte. Ha! Gdyby Tatiana zabrała się do jakiegokolwiek eliksiru, to cały dom wyleciałby w powietrze! No dobrze, ale Mundungus nie musiał tego wiedzieć. – Ja tylko… Wypełniam siostrzaną powinność! Względem jej dawnego Opiekuna Domu. – Za jej plecami rozległo się prychnięcie, ale pod wpływem ostrego spojrzenia zaraz zamieniło się w udawany napad kaszlu.
– Ależ oczywiście! O, patrz, tosty! – Machnął różdżką, próbując zamaskować gazetą nagły uśmiech, który nieubłaganie wpełzał mu na twarz. – Chcesz? Pielęgniarstwo wymaga dużo siły!
Anastazja zgarnęła wściekle wszystkie fiolki, próbówki, mieszadła i tym podobne zabawki, po czym zadarła dumnie głowę i wyniosła je z kuchni, tupiąc jeszcze bardziej ostentacyjnie od Syriusza.
– No nareszcie! – Snape powitał ją opryskliwie, gdy tylko zasunęła za sobą drzwi salonu. – Gdzie moja gazeta?
– Fletcher ją czyta, jak skończy to dostaniesz. – Ustawiła narzędzia na wolnym regale zakurzonej biblioteczki, skrupulatnie stojąc do Snape’a tyłem i postanawiając nie wdawać się z nim w żadne utarczki słowne. Miała szczerą ochotę zwalić wszystko na niego i zatłuc go tą jego upragnioną gazetą!
– Czyżby coś się stało? – zapytał, bardzo złośliwie i bardzo dokładnie wymawiając każde słowo. Nie musiała się odwracać, by wiedzieć, że właśnie ułożył się wygodniej na kanapie i obmyśla, jak ją najlepiej zdenerwować. Od dwóch dni granie jej na nerwach i wtrącanie się do sposobu warzenia było jego jedyną formą rozrywki.
– Absolutnie nie. – Odwróciła się do niego, błysnęła swoim najlepszym uśmiechem i podała mu kubek z resztą świeżego wywaru Linneusza. Nie da mu tej satysfakcji! – Jak się dzisiaj czujesz? Niedługo będziesz mógł się stąd zebrać do Hogwartu, hm? – Zanim zdążył zaprotestować, szarpnęła nieco za mocno za bandaż na jego głowie. Syknął, ale zaraz potem się opanował, instynktownie wyczuwając okazję do lepszej i większej kłótni. Jeśli tylko to odpowiednio rozegra… – Tak, wszystko się już zagoiło, wyglądasz świetnie! 
Snape uniósł ironicznie brwi.
– No, tak świetnie jak ciebie na to stać, w każdym razie. – Opadła na pobliski fotel i owinęła się kocem, mamrocząc pod nosem rosyjskie przekleństwa. Gdzieś pomiędzy mignęło Snape’owi imię Blacka. Wyciągnął się jeszcze wygodniej na kanapie i odstawił eliksir na podłogę. 
– Wydaje mi się, że zostanę jeszcze trochę. – Jego wąskie usta wykrzywił sardoniczny uśmieszek. – Gdzie w Hogwarcie dostanę tak profesjonalną opiekunkę?
– Macie skrzaty.
– Skrzaty nie umieją robić eliksirów.
– Jesteś mistrzem, sam sobie zrobisz!
– Ależ! Jestem pacjentem! Wymagam rekonwalescencji, czyż nie? Nie mam siły stać nad kociołkiem. – Podłożył sobie ręce pod głowę i spojrzał na nią triumfalnie. Przewróciła oczami i wyciągnęła z kieszeni długiej spódnicy paczkę papierosów, ruszając do wyjścia. Ona już nie miała na niego siły, stanie nad kociołkiem było w tym wszystkim prawie rozrywką. Kątem oka zauważyła, że Snape świdruje ją wzrokiem.
– Gdzie z tym idziesz?
– Z daleka od obłożnie chorego pacjenta, oczywiście – uśmiechnęła się jadowicie, wiedząc doskonale, że ma go w szachu. Jeśli było coś, co Snape lubił bardziej od wyzłośliwiania się, to były to Marlboro lighty. – Chyba, że już ci lepiej?
Snape zgromił ją spojrzeniem czystej nienawiści, po czym opadł na poduszki, uparcie zaciskając szczęki, aż zgrzytnęły zęby.
– Wołaj, gdybyś czegoś potrzebował! – Zarechotała triumfalnie i zasunęła za sobą drzwi. Nie dane jej było jednak pobyć samej ze sobą. W korytarzu napatoczyła się na Billa Weasleya, który na powitanie skinął jej sztywno głową. Wyraźnie nie chciał jej spotkać, ale był zbyt dobrze wychowany, żeby tak po prostu ją zignorować. Odpowiedziała mu zaraz tym samym, patrząc na niego tępo z papierosem w zębach.
– Jak…? – zapytali jednocześnie, a potem w równie idealnym synchronie popadli w zakłopotanie. Anastazja uznała, że nie będzie uczestniczyć w kolejnej szopce, nie kiedy ma Snape’a na głowie i jest kompletnie wyzuta z energii. Ruszyła w stronę schodów i zderzyła się z nim ramieniem. Szybko się cofnął i odchrząknął. Machnął ręką na schody.
– Panie przodem.
– Dziękuję. – Uniosła trochę przydługą spódnicę i ruszyła w stronę drugiego piętra. Bill szedł za nią, milcząc niezręcznie. W końcu odwróciła się do niego, kiedy przystanęli przy dużym oknie na półpiętrze. Zawaliła już sprawę z Syriuszem, być może nie warto robić sobie więcej wrogów?
– Weasley, słuchaj… – Pod wpływem tego, co powiedział wcześniej Fletcher, czuła przypływ miłosierdzia do świata. Spojrzał na nią pytająco i skrzyżował ręce na piersi. Spodziewała się, że jej przerwie, trochę zmięknie, ale nic z tych rzeczy. Widział, że chce się tłumaczyć i chciał to usłyszeć. Drań! Co za… Gryfon! Czy tylko Puchoni potrafili być po ludzku bezpośredni?
– Moja siostra i jej wybryki… To było dawno temu. Ty i ja, przecież możemy się kolegować, hm? Tylko zaczęliśmy z niewłaściwej strony. – Włożyła papierosa z powrotem do paczki i spróbowała się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego tylko grymas. „No dalej. Wyciągam pierwsza rękę, bądź gentlemanem!“, pomyślała. Bill zmierzył ją ostrym spojrzeniem, a ona szybko odwróciła wzrok. „Albo i nie…“ 
Jego oczy były tak cholernie oceniające! I czy w tym domu nie ma żadnego mężczyzny poniżej metra osiemdziesięciu?! Nienawidziła, kiedy nie miała nad kimś przewagi. Zebrała się w sobie i spróbowała ze wszystkich sił spojrzeć na niego z góry, ale z jego potężnym wzrostem i nieodgadnionym wyrazem twarzy okazało się to bardzo trudne. W końcu jednak jej bezradność musiała go usatysfakcjonować, bo, całkowicie niespodziewanie, jego przystojną twarz rozjaśnił szczery uśmiech. Wyciągnął w jej kierunku szeroką dłoń. Z lekkim wahaniem podała mu swoją i uścisnęła. Uśmiechnął się, o ile to możliwe, jeszcze szerzej.
– Zgoda. Niech ci będzie, Hexwood. Ale lepiej trzymaj się z daleka od moich włosów, ech? – Mrugnął do niej łobuzersko i ruszył dalej na górę, zanim zdążyła powiedzieć, że osobiście ma jego włosy w głębokim poważaniu.
– Weasleyowie… – Przewróciła oczami, otworzyła okno i zapaliła papierosa, zaciągając się w zamyśleniu. Zaskakujące, ale poczuła, jakby jakiś ciężar spadł z jej barków. Być może to całe wybaczanie nie było takie złe, być może w sytuacji wojny trzeba zrobić pewien rachunek sumienia…? Wtem jej altruistyczny tok myślenia został nagle brutalnie przerwany przez wymowne chrząknięcie.
– Na Merlina, czy człowiek nie może mieć tu dla siebie… – urwała szybko, gdy zobaczyła kto za nią stoi. – Molly! – Błyskawicznie wyrzuciła papierosa za okno i przywołała na twarz swój najszerszy uśmiech, wyrażający pełną niewinność (podpatrzony u Freda i George’a). Pani Weasley nie dała się jednak tak łatwo zwieść, w końcu wydała rzeczonych bliźniaków na świat i wyrobiła sobie bardzo czuły radar na wykrywanie kitu. Podparła się stanowczo pod boki, a z jej oczu sypały się iskry.
– Co ty tu wyczyniasz?
– Ja… Wietrzę się? Skoro nie wolno mi wychodzić… To… Potrzebuję powietrza!
– Powietrza? Właśnie widzę! – Molly zmrużyła oczy i zbliżyła się do Anastazji, wymachując złowrogo wyciągniętym przed siebie palcem. – Posłuchaj mnie, panno Hexwood. Twoja siostra nie miała tyle przyzwoitości, by zachować się wobec niego porządnie, ale ty wydajesz się mieć więcej rozumu w głowie, więc dostanie ci się gratisowe ostrzeżenie: trzymaj się od niego z daleka!
– Ale ja… Co? – Ana była kompletnie zbita z tropu. Spodziewała się… Być może kolejnej ulotki? Wykładu o szkodliwości nikotyny? Ale, na Merlina, nie przemowy o obronie cnoty Williama Weasleya!
– Ta konwersacja nie wymaga twojego udziału! – Molly, wyraźnie z jakiegoś nieznanego dziewczynie powodu, była wytrącona z równowagi, a Ana nie mogła zrozumieć dlaczego i czemu właśnie na nią się wścieka. Miała dziwne wrażenie, że Molly albo wyolbrzymia, albo otrzymała skądś sprzeczne informacje. – Tylko słuchaj. I słuchaj uważnie! Wychowałam sześciu synów i coś ci powiem o mężczyznach: nie znajdziesz lepszego niż mój Billy! I lepiej nie zastawiaj na niego tych swoich… sideł! Słyszysz mnie? Nie takie próbowały, więc cokolwiek ci się tam kołacze w tej czarnej łepetynie…! – Pomachała ręką w bliżej nieokreślonym kierunku bałaganu na głowie Any. – Lepiej niech ci się to szybko odwidzi! On nie jest dla ciebie! Czy wyrażam się jasno?
– Jak słońce… – Okulary zsunęły jej się z nosa, tak wysoko uniosła brwi w wyrazie absolutnego szoku. Tymczasem Molly w jednej chwili się uspokoiła, a na jej twarz z powrotem wstąpił uśmiech, choć nie obejmował on oczu.
– To dobrze. Za chwilę będzie obiad. Odłożę trochę kurczaka dla Severusa. – To powiedziawszy, zeszła na dół podśpiewując pod nosem najnowszy kawałek Celestyny Warbeck:
Ooch, ukradłeś mój kociołek…Ale nie dostaniesz mojego serca!
Ana stała jeszcze chwilę na schodach. Z tego wszystkiego odechciało jej się nawet palić, więc zeszła z powrotem do salonu, nadal trochę skonfundowana.
Snape leżał tam gdzie go zostawiła, z tą różnicą, że trzymał teraz swój wielki nochal w bardzo jej znajomej, czarnej książce. No nie! Czy nic już na tym świecie nie jest święte?! Podeszła do niego w dwóch zamaszystych krokach i wyrwała mu pamiętnik Bellatrix.
– Jak śmiesz! – wysyczała. – Skąd to…?! – A potem się zorientowała, że zostawiła go na fotelu. Idiotka! Mogła się bardziej postarać, chcąc coś ukryć przed najzdolniejszym szpiegiem Zakonu.
– Właściwie o to samo mógłbym zapytać ciebie – powiedział, jak zwykle niewzruszony. – Od jak dawna to masz?
– Od… Niedawna. To znaczy. Dość… Nie twój interes! – Przycisnęła pamiętnik do siebie, nie wiedząc dokładnie, dlaczego tak bardzo jej na nim zależy i dlaczego w ogóle się tym przejmuje. Przecież to nie jej osobiste zapiski… Co jej zależało, czy go przeczytał?
– Rozumiem. – Snape zdawał się wyczytywać z jej twarzy wszystko to, co chciała ukryć. To był jego specjalny talent, za który, wiedziała dobrze, wszyscy uczniowie go nienawidzili. – A jak długo miałaś zamiar trzymać to w tajemnicy przed Zakonem? – Podciągnął się na łokciach i usiadł, próbując odzyskać nieco autorytetu. Przybrał wobec niej ten specjalny, profesorski, surowy ton, którego trochę się wciąż bała. Próbowała jednak grać twardą.
– Nie rozumiem?
– Proszę cię! – Prychnął. – Udawanie kretynki cię nie uratuje. Gdzie to znalazłaś? I mów prawdę! – Ostrzegł, zanim zdążyła się odezwać. – Będę wiedział jeśli kłamiesz. – Zacisnęła usta uparcie. Czemu wciąż mógł sprawić, że czuła się jak mała dziewczynka, która coś przeskrobała?
– Nie masz różdżki – powiedziała bardzo powoli, siląc się na spokój. 
– Nie potrzebuję do tego różdżki – uśmiechnął się drwiąco. Jego czarne oczy, zimne jak dwa tunele, obserwowały ją tak czujnie, że naprawdę miała wrażenie, że Snape zagląda wprost do jej umysłu i czyta z niego jak z otwartej księgi. – Więc?
– Dostałam od Syriusza jej kufer. Z ubraniami. – Usiadła powoli w fotelu, wciąż ściskając pamiętnik. – Pamiętnik był w środku. Kufer miał podwójne dno. Zaczęłam go czytać… Na początku z nudów, potem coraz bardziej zainteresowało mnie jej życie, a potem… Severus, wydaje mi się, że ona zabiła swojego męża – ściszyła głos niemal do szeptu, ignorując fakt, że właśnie zwróciła się do niego po imieniu, a on zdawał się tym nie przejmować. Zamiast tego przewrócił oczami i położył się znowu, widocznie jeszcze nie będąc na siłach, by siedzieć. Na sekundę zmarszczył brwi, a przez jego twarz przemknął grymas bólu. Wymacał stojący na podłodze kubek i wypił trochę wywaru.
– Nie o to chodzi, głupia – wychrypiał, ze wszystkich sił próbując brzmieć groźnie. – Szukamy jej skrytki, gobliny w ogóle nie współpracują, a okazało się, że szukaliśmy pod złym nazwiskiem! Jak długo zamierzałaś trzymać tę informację dla siebie?
– Ja… Nie pomyślałam, że…
– Nie pomyślałaś. Mogłem się tego spodziewać. Zawołaj Weasleya. Musi ruszyć do Gringotta natychmiast. – Zamknął oczy i położył sobie rękę na czole. Gorączka wracała, więc Anastazja na chwilę zignorowała jego polecenia i podała mu zimny okład. Przyjął go z niewyraźnym pomrukiem. Nawet jeśli był wdzięczny, to skutecznie to zamaskował. Zostawiła go w salonie, ale tym razem wzięła pamiętnik ze sobą. Poszła poszukać Billa, uznając na razie, że Molly Weasley i jej dziwaczne przypuszczenia co do jej intencji będą musiały się wstrzymać.
– Bill! – Znalazła go w kuchni, grającego z Ronem w szachy. Właśnie przegrywał.
– Mmm? – Jego twarz wyrażała absolutne skupienie. Nawet nie spojrzał w jej stronę.
– Musimy pogadać. To ważne.
Bill oderwał się na chwilę od planszy. Spojrzał na nią i na pamiętnik, który ściskała kurczowo w dłoniach. Nie musiała mówić nic więcej, wyraźnie wyczytał z jej twarzy coś, co potwierdziło, że to, co miała mu do powiedzenia było istotnie ważne.
– W porządku. – Wstał i wyszedł z nią na korytarz. Była mu wdzięczna, że nie musiała z nim walczyć o jego posłuch. Zamknął za nimi drzwi do kuchni. – Co jest takie ważne?
– To. – Pokazała mu pamiętnik. – Znalazłam to w kufrze, który dostałam od Syriusza. To pamiętnik Bellatrix Black. Wiem, gdzie znajdziecie jej prywatną skrytkę. – W jego oczach zobaczyła, ile dokładnie znaczy ta informacja. W przeciwieństwie do Snape’a, z Billa dało się wyczytać wszystko, co było bardzo relaksującą odmianą. I wtedy przyszło jej coś do głowy. Cofnęła rękę z pamiętnikiem. – I powiem ci… Ale pod jednym warunkiem.
Zmrużył oczy.
– Będziesz mi stawiać warunki? Zdajesz sobie sprawę jak bardzo Zakon potrzebuje tych informacji?
– Zdaję. I Zakon je dostanie. Pod jednym warunkiem. – Starała się mówić jak najbardziej spokojnie.
Parsknął drwiąco.
– Zupełnie jak twoja siostra! Wiecznie z wami to samo, nigdy nie możecie pomóc bez czegoś w zamian!
– Wypraszam sobie! I uwierz mi, nie będzie cię to nic kosztować. Po prostu weźcie mnie ze sobą do Gringotta. Chcę pomóc otworzyć tę skrytkę.
Bill wyraźnie nie był przygotowany na akurat tego rodzaju prośbę. W pierwszej chwili pokręcił głową, ale zaraz potem się zawahał i przytaknął.
– Zgoda.
– Co?
– Zgoda. Niech ci będzie. Idziesz z nami.
– Tak po prostu? – Cofnęła się jeszcze o krok i oparła o ścianę.
– A co? Zmieniłaś zdanie? – Uśmiechnął się krzywo.
– Nie… Nie! Po prostu myślałam, że będę cię musiała dłużej namawiać. – Starała się wyglądać obojętnie, ale wyraźnie jej nie wyszło, bo Weasley patrzył na nią z coraz większą satysfakcją.
– Mnie nie musisz namawiać. Słyszałem już to i owo o tym, co umiesz…
– Niby od kogo?!
– Nie twój interes. – Uniosła obronnie podbródek. Czemu akurat wobec niej był tak opryskliwy? Cholerna Tatiana i jej miłosne przygody! Anastazja kręciła się po Kwaterze Głównej już wystarczająco długo, by zaobserwować, że wobec swojej najmłodszej siostry Bill był niezwykle opiekuńczy, Ronowi dawał wygrywać w szachy, krył bliźniaków i ich wybryki przed matką, zawsze był oazą spokoju… A ona zdawała się wydobywać z niego najgorsze! – To nic osobistego, po prostu możesz się przydać. – Wyciągnął rękę po pamiętnik, ale Ana cofnęła się o krok, nadal nieufna i coraz bardziej urażona. Była pewna, że za łatwo poszło. Snape najwyraźniej nieświadomie nauczył ją doszukiwania się drugiego i trzeciego dna.
– Zatrzymam go na razie. Jako rodzaj polisy.
– Polisy? – zdziwił się. 
– Taki… Rodzaj ubezpieczenia. Och, nieważne! – Machnęła ręką, gdy na jego twarzy odmalowało się jeszcze większe zdumienie. – Nie musimy sobie ufać. 
– Nie… Masz rację, nie musimy. – Wsadził ręce w kieszenie i pokręcił głową. – Nie dajesz się zaszufladkować, co? Albo po prostu za długo przebywasz ze Snape’em…
– To może teraz będę przebywać z tobą, co? Sugerujesz, że mi to wyjdzie na lepsze? – Przekrzywiła zaczepnie głowę. Zaśmiał się cicho, a z jego oczu na chwilę zniknęła ta niechęć, którą dotąd ciągle ją częstował.
– Wręcz przeciwnie. – Odwrócił się i otworzył drzwi do kuchni. – Bądź gotowa za godzinę.









___________________

1Jeśli jeszcze tego nie znacie, to nie wiem co tu robicie, szybko KLIK!

2 komentarze:

  1. Jedno trzeba Ci przyznać, w tym fiku Syriusz ma chyba więcej zabawy niż w całym kanonie. Cały wątek szlachetnego i zrujnowanego dworu Blacków został tam koncertowo zmarnowany, nawet nie wspominając o jego właścicielu.
    'Od dwóch dni granie jej na nerwach i wtrącanie się do sposobu warzenia było jego jedyną formą rozrywki.'- no tak, Snape też dostaje swoją dozę dobrej zabawy.
    Snape chorujący jest cudowny. Zdecydowanie powinno mu się to zdarzać ciągle. Wizja tak niezależnego i tyrańskiego drania na cudzej łasce jest po prostu piękna.
    No i... co ta Molly? Wyznam Ci mały sekret - organicznie nie znoszę Matki Weasley. Wszystkich tych przesłodzonych Matek Polek (Brytyjek?) Rodzicielek. Ale faktycznie zaintrygowała mnie sprawa z Billem. O co chodzi i kto nagadał Molly interesujących plotek na temat sióstr? No i najważniejsze - jakie to plotki?
    Ogółem, tyle tu ciekawych wątków, że sama nie wiem, o którym chciałabym poczytać najpierw: Sever, Bill, dziennik Belli, Dołohow... Tatiana! Gdzie i z kim jest Tatiana i nasza kochana hrabina O.? Za to cieszę się, że i Ana ruszy do akcji. W Zakonie zawsze brakowało bystrych kobiet.
    Khm, no dobra, nie oszukujmy się. Tak naprawdę czekam, kiedy zaczniesz dręczyć Severa amorami. Bo będą amory z Severem, prawda?

    Pozdrawiam,
    Szalona żona (nie)martwego męża

    OdpowiedzUsuń
  2. Masz na sumienie rozbudzenie pogrzebanych ambicji o zostaniu Wielką Anonimową Pisarką, nostalgiczny potworze. A jednak jesteś wdzięcznym, jasnym punktem w przestrzeni fanfickowej i Twoja obecność uratowała mnie od produktywnego spędzania czasu, co Ci się chwali!
    Twoje nawiązania do mugolskiej kultury i ciągoty skandynawskiego ładnie ubarwiają kanon i ułatwiają ponowne usidlenie czytelnika tak złaknionego pełnego komfortu severusowego świata jak ja. Wypełniasz misję, bejb.
    Zgadzam się z Maedą co do Syriusza. Jego rozpasana nonszalancja i szelmostwo w końcu znalazły u Ciebie ujście, kanon go zdecydowanie przetrzymywał emocjonalnie! Kocham i przebieram niecierpliwie witkami.

    OdpowiedzUsuń