Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

niedziela, 5 kwietnia 2015

Rozdział piąty

Keep a diary, and someday it'll keep you1

Wbrew powszechnie krążącym opiniom, Narcyza Malfoy wcale nie była kobietą słabego charakteru. Wręcz przeciwnie – była kobietą do bólu rozsądną. Podczas gdy każda inna normalna żona po ogłoszeniu przez męża chęci wprowadzenia potomka w kręgi Śmierciożerców niechybnie przydzwoniłaby rzeczonemu małżonkowi patelnią, Narcyza elegancko wytarła usta serwetką, zmarszczyła nos i wstała od stołu, ogłaszając, że ma migrenę i musi natychmiast się położyć. Być może jednak zawiniło tutaj elitarne wychowanie swojej córki przez państwa Black, w wyniku którego Narcyza w ogóle nie miała pojęcia, cóż to takiego patelnia.
Lucjusz Malfoy chodził po ogrodzie w tę i z powrotem, paląc cygaro i patrząc na pawie dla uspokojenia nerwów. Nie lubił, gdy jego żona unikała konfrontacji. Białe pawie Malfoyów były częścią Malfoy Manor od niemal sześciu pokoleń. Rzadkie i wyszukane ozdoby stanowiły kwintesencję słynnej rezydencji, która, dzięki wykwalifikowanej służbie i armii skrzatów domowych, chodziła jak w zegarku pod czujnym okiem Narcyzy. 
Na tyłach domu, obok zakątka dla pawi, rozciągał się labirynt z żywopłotu, w którego centrum stała kamienna sadzawka z Wenus z Milo (w Luwrze została, rzecz jasna, tylko kopia). Zatrudniono osobnego ogrodnika do doglądania ogrodu zewnętrznego, a innego – w oranżerii na patio, która była oczkiem w głowie pani Malfoy. Lucjusz sprowadził dla niej najrzadsze (i najdroższe) gatunki lilii wodnych – jej ulubionych kwiatów. Sztab pokojówek, kucharzy i lokajów (i swego czasu również guwernerów) pilnował, by pani domu nigdy nie kłopotała się trywialnymi sprawami, takimi jak gotowanie, sprzątanie czy wychowywanie dziecka. Nic więc dziwnego, że w sprawie swojego małżeństwa Narcyza była rozsądna, wszak od maleńkości jej rozsądek był ćwiczony przez najlepsze guwernantki jakie mogły kupić pieniądze Cygnusa Blacka.
– Ojcze? – Draco podszedł do Lucjusza, przerywając jego zadumę.
– Czego chcesz, Draco? – Malfoy senior nie spojrzał nawet w stronę syna, niezadowolony z towarzystwa. Widział, że Draco kiepsko ukrywa swój konflikt wewnętrzny. Lucjusz był coraz bardziej poirytowany. Wolał, gdy jego decyzje były przyjmowane przez aklamację.
– Nie… Nie chcę. Nie jestem pewien, czy chcę. To znaczy…
– Draco. – Lucjusz zgasił cygaro w kryształowej popielniczce. Draco wzdrygnął się odruchowo, gdy ojciec posłał mu dobrze znajome, zimne spojrzenie, które zawsze wróżyło coś nieprzyjemnego. – Ta sprawa nie podlega dyskusji. Klamka zapadła.
– Ojcze…!
– Dopóki mieszkasz pod moim dachem, ja decyduję, czego chcesz – powiedział swoim najbardziej spokojnym tonem, który paradoksalnie najbardziej w nim przerażał. Jego syn chyba nigdy w życiu nie słyszał, by ojciec kiedykolwiek podnosił głos. – Rozumiemy się?
Draconowi nie pozostało nic innego, jak kiwnąć głową, ukłonić się sztywno i wrócić do swoich spraw. Ale, na nieszczęście Lucjusza, nie tylko Harry Potter posiadał bardzo troskliwego chrzestnego. Draco mógł być posłusznym synem swojego ojca, ale posłuszeństwo pozostaje sprawą względną, kiedy jest się Malfoyem…

 **  

Anastazję z płytkiego snu wyrwało nieznośne pulsowanie w skroniach. Z cichym jękiem przekręciła się na plecy i ostrożnie otworzyła oczy. Ostre światło wpadające przez okno potraktowała jak brutalny zamach na swoje życie. Ostrożnie wymacała obok siebie okulary, przeklinając Snape’a w duchu za stłuczoną soczewkę. W końcu bez nich była prawie ślepa. Wstała chwiejnie, powstrzymując mdłości, i silnym ruchem zasłoniła ciężkie kotary, prawie zrywając przy tym karnisze.
– Proszę, proszę. Ktoś tu miał ciężką noc! – odezwał się złośliwy głosik z portretu wiszącego nad zabytkową szafą (zakurzony późny Ludwik XVI). 
– Zamknij się – rzuciła Anastazja niezbyt uprzejmym tonem do portretu i wyczarowała sobie szklankę wody. Wypiła ją jednym haustem, czując jak dopływa zbawczym strumieniem do tej części organizmu, gdzie była najbardziej potrzebna. Położyła się z powrotem na wznak, ostrożnie i precyzyjnie jak snajper, żeby nie uruchomić bolesnej perkusji w głowie.
– Pieprzony Snape – wysyczała, kładąc sobie rękę na oczach i oddychając głęboko.
– Ach, ten mężczyzna, który wczoraj cię odprowadził do pokoju? Doprawdy, twoje prowadzenie się jest skandaliczne, moja droga! Musiał cię nieść na rękach! Ile ty wypiłaś?! Nie do pomyślenia, gdyby moja matka zobaczyła mnie w takim stanie…! – perorowała dama na portrecie, obciągając obfitą spódnicę zielonej sukni.
– Łaskawie zamknij swój czystokrwisty dziób, bo przysięgam, że wylądujesz w kominku! – warknęła Anastazja, wyładowując na portrecie całą swoją wściekłość na samą siebie i próbując się nie wzdrygać na myśl o Snape’ie, który niósł ją na rękach. Głupia dziewczyna z portretu oczywiście przesadzała, na pewno. Tylko ją podtrzymywał! Elladora Black pobladła, otworzyła wąskie usteczka, po czym zaraz je zamknęła.
– Obrzydliwa, niewychowana…! – W akompaniamencie oburzonego szelestu stanowczo zbyt dużej ilości krynoliny w stosunku do masy ciała uciekła ze swojego obrazu czym prędzej.
Anastazja mogła powrócić do oddychania i złości na siebie. Jak mogła się tak podpuścić Nietoperzowi? Wypaplać tyle rzeczy! A to wszystko dla głupiego listu, który…! Usiadła gwałtownie. List! Tatiana! Rozejrzała się po pokoju i dostrzegła kopertę na stoliku nocnym. Złapała ją zaraz i rozerwała niecierpliwie lak. Chłonęła każde słowo, ale, jak się okazało, wcale niepotrzebnie:

Droga Ano,
moja kochana, nie martw się o mnie! Jestem w najbezpieczniejszym miejscu w całej Anglii. Myślę o Tobie.

Tatiana

Anastazja z niedowierzaniem obejrzała list ze wszystkich stron, rzuciła na niego parę zaklęć ujawniających, kilka klątw, aż w końcu wściekła wrzuciła pergamin do kominka i podpaliła snopem czerwonych iskier ze swojej różdżki. Z satysfakcją obserwowała, jak pergamin zwija się z cichym sykiem i zamienia w popiół. Marne trzy zdania. Trzy zdania przepełnione egoistycznym myśleniem Tatiany o sobie, podczas gdy jej młodsza siostra gnije w zakurzonej ruderze, w której nie zamieszkaliby nawet Addamsowie! Do tego jeszcze Snape podbiera jej papierosy i poi ją Veritaserum, no szczyt szczytów! To właśnie dla tych nędznych strzępków informacji przeżywa właśnie najbardziej spektakularnego kaca w swoim życiu?! Użalanie się nad sobą przerwało nieśmiałe pukanie do drzwi:
– Ana? – Tonks przekręciła klamkę i zajrzała do środka. – Żyjesz?
Młodej aurorce odpowiedziało niezidentyfikowane jęknięcie.
– Och, Merlinowi dzięki! – Nimfadora wparowała do pokoju i położyła się na łóżku obok Anastazji. – Co tu tak ciemno? Rany boskie, kobieto, jest druga po południu! Już myślałam, że uciekłaś, czy coś podobnego. 
– Uwierz mi, przemknęło mi to przez myśl. Nie raz – wycedziła, bardzo się starając nie zwymiotować. Naprawdę była idiotką. Miała się za tak inteligentną, a nie pamiętała zawczasu o skutkach przedawkowania Veritaserum? 
„Dlatego właśnie nie nadawałaś się do Ravenclaw! Na drugi raz myśl, do cholery!“, skarciła siebie samą w myślach.
– Nie bądź głupia, gdzieś tam czai się na ciebie Śmierciożerca-psychopata, który najwidoczniej nie ma wobec ciebie uczciwych zamiarów spadkowo-ojcowskich. – Tonks pozwoliła sobie na mały żarcik, mając nadzieję rozładować atmosferę. Ana była jej za to wdzięczna. Uśmiechnęła się odrobinę. – Chyba tylko w Hogwarcie byłabyś bezpieczniejsza.
– Nie przyjęłabym od tego oszołoma nawet Avady, dziękuję bardzo za troskę.
– Żebyś się nie zdziwiła! – Przyjaciółka wsadziła jej palec pod żebra. Tonks, kiedy chciała, potrafiła mieć bardzo dziwne poczucie humoru, ale właśnie za to była przez pannę Hexwood uwielbiana. Żartowanie na pewne tematy pozwalało jej traktować je dużo mniej poważnie, a z jej wrodzonym „talentem“ do analizowania wszystkiego zbyt mocno chwilowa bezmyślność była najprawdziwszym błogostanem.
– Au! Ty wiedźmo, umff! – Anastazja zasłoniła dłonią usta. Zmiana pozycji była w jej sytuacji bardzo złym pomysłem. Leżeć na plecach i czekać na cud, ot co!
– Coś ty taka chora, piłaś coś?
– Mniej więcej…
– Cholera, Siri, zabiję cię! 
– Co? Nie, ja z Syriuszem nie piję! Jeszcze mnie nie pogięło.
– Dobra, dobra, już tam cicho. Słyszałam, że dość hojnie cię obdarował, chyba się dobrze zakumplowaliście.
– Co, ciuchy? Chcesz, to też coś sobie wygrzeb. – Machnęła ręką w stronę wybebeszonego na środku pokoju kufra Bellatrix. Tonks skrzywiła się nieznacznie.
– Nie, dzięki. W przeciwieństwie do ciebie wyglądałabym w tym jak wyjątkowo nieatrakcyjna wdowa.
– Sugerujesz, że do wdowieństwa trzeba atrakcyjności?
– Żeby osiągnąć zamierzony efekt, jak przypuszczam… Być może. Na pewno, żeby złapać kolejnego mężusia – wystawiła język.
– Jesteś podła! – Anastazja zaśmiała się ochryple, a zaraz potem zaniosła kaszlem. Tonks prychnęła .
– Nie powinnaś tyle palić.
Anastazja przewróciła oczami.
– A już myślałam, że sytuacja mnie usprawiedliwia.
– Nie zachowuj się jak taka zgorzkniała wiedźma, bo przestanę cię lubić.
– Wiem, że nie przestaniesz. Jestem kobietą idealną. Pamiętaj, że jak sobie nie znajdziesz nikogo do czterdziestki, to się z tobą żenię. – Wstała chwiejnie i wyczarowała sobie kolejną szklankę wody. Sączyła ją powoli.
– Ta. Uparta jędza z nosem w książce, też mi ideał. Idziesz na obiad?
Ana pokiwała głową i namacała na podłodze swoje buty. Nie zawiązała ich nawet, to wymagałoby stanowczo za dużo wysiłku. Odgarnęła włosy z twarzy i ciężkim krokiem powlokła się za Tonks do kuchni.
– No proszę, śpiąca królewna wstała! – powitał ją okrzyk Syriusza, który szczerzył do niej bezczelnie zęby, doskonale zdając sobie sprawę ze swojego zbyt głośnego tonu.
– Ćśśśś… – wysyczała w odpowiedzi, mrużąc oczy.
– Co się stało z twoimi okularami? – zapytała podejrzliwie Hermiona, gdy Tonks miłosiernie wcisnęła Anie kubek kawy.
– Czarna – poinformowała ją, za co została obdarzona słabym uśmiechem.
– Stłukły się – powiedziała Anastazja ochryple, wsuwając się na miejsce obok Hermiony. 
– Tyle widzę. Czemu się stłukły?
– Spadły.
Hermiona potrząsnęła burzą loków, wyraźnie łapiąc aluzję, i zaniechała dalszych pytań. Anastazja rozejrzała się po kuchni. 
– Gdzie reszta?
– Na misji – powiedziała Tonks, nalewając sobie zupy. – Chcesz? – zaproponowała.
– Nie. Jakiej misji?
– Bill pomaga Zakonowi dostać się do skrytki Bellatrix w Banku Gringotta! – wypalił Ron, za co zaraz został zgromiony spojrzeniem przez Tonks. – No co? Ona nie jest w Zakonie? 
Ana zaśmiała się ochryple.
– A wyglądam jakbym była? – Dolała sobie więcej kawy, podczas gdy Tonks wymieniła porozumiewawcze uśmiechy z Syriuszem.
– Wiesz co… To właściwie nie byłby głupi pomysł. Szkoliłaś się ze struktur klątw i uroków, co nie?
– No i? Chcecie specjalisty, zapytajcie Merricka. Nie wiem nawet połowy tego, co on. – Panna Hexwood rozważała właśnie opcję wymknięcia się na papierosa.
– Merrick? Joseph Merrick? On był twoim promotorem?! – Tonks uniosła brwi tak wysoko, że niemal sięgnęły linii włosów. – Przecież on jest w Azkabanie!
Anastazja zakrztusiła się kawą i zasłoniła usta.
– Co?! – krzyknęła, otrzymawszy porządne klepnięcie w plecy od Syriusza.
– Joseph Merrick został aresztowany ponad tydzień temu! – Tonks wyraźnie nie dowierzała jej brakowi poinformowania w tej sprawie. – Myślałam, że wiesz. Mówili, że kompletnie zwariował! Oddał się w ręce Ministerstwa, twierdząc, że jest Śmierciożercą, po czym sam błagał, żeby go zamknęli! Miał Mroczny Znak, więc oczywiście nie mieli wyjścia… Podejrzewają, że trafiła go w laboratorium rykoszetem jakaś klątwa. Chociaż z drugiej strony mógł się po prostu obawiać Sami–Wiecie–Kogo i zwyczajnie wolał dać się zamknąć, żeby go nie znalazł. Merlin jeden wie… Podobno kompletnie zbzikował i gadał od rzeczy.
Anastazja patrzyła na przyjaciółkę zszokowana. To były stanowczo zbyt wielkie rewelacje. Jej myśli zaraz wróciły do poprzedniego dnia i Snape’a. Czemu tak bardzo obchodził go Merrick i jego badania? Czy Snape wiedział? Coś jej mówiło, że tak… Dobrze, że skrzętnie ukryła zapiski profesora. Snape wyraźnie był jakiś podejrzany.
– Nie wiedziałaś? – powtórzyła Tonks. – Myślałam, że…
Pokręciła głową.
– Nie. Nie miałam pojęcia. Kiedy miałam się bronić, Merrick po prostu zniknął. Rozpłynął się w powietrzu. Nikt nie wiedział, gdzie jest. Dlaczego nie pisali o tym w „Proroku“?
Tonks wzruszyła ramionami i zajęła się zupą.
– Widocznie nie chcieli dzielić się ze światem informacją, że Śmierciożerca tak długo ukrywał się na Uniwersytecie i nikt niczego nie podejrzewał.
Anastazja nie zdążyła tego skomentować. Przy drzwiach wejściowych rozległo się szuranie i ciche kroki (portret Walburgi nadal był nieprzewidywalny), a zaraz potem do kuchni weszli Bill Weasley, Remus Lupin i Mundungus Fletcher.
– O! Miło was znowu widzieć! – Bill pomachał wszystkim, zmierzwił Ronowi włosy i usiadł naprzeciwko Anastazji. – Co jemy?
– Mama zrobiła zupę. – Ron z niezadowoloną miną poprawiał fryzurę, podczas gdy Mundungus odciągnął Syriusza na stronę, mówiąc o czymś przyciszonym głosem. Remus wymienił z Tonks niepewne uśmiechy i usiadł przy niej. Anastazja posłała przyjaciółce wymowne spojrzenie, ale ta udawała, że nie wie o co jej chodzi.
– Jak poszła misja? – Ana, w przypływie dobrych manier, nalała Billowi rosołu.
– A ty skąd o tym wiesz? Wygadali się? – spojrzał czujnie na Złotą Trójcę, która synchronicznie zajęła się swoimi talerzami.
– Po prostu wiem. No dawaj, rzuć jakąś emocjonującą historią! Wiesz, że nie mam kontaktu ze światem zewnętrznym.
Bill uśmiechnął się szelmowsko.
– Nie mogę. To sprawy Zakonu.
– Ważniak.
Spojrzał na nią, lekko urażony, ale nic nie odpowiedział. Ana poczuła się trochę winna, w końcu to było trochę niegrzeczne. Bill prawdopodobnie nie zrozumiał, że tylko się z nim droczy. 
– Po co wam skrytka Bellatrix Lestrange? – zapytał nagle Harry.
– Udało wam się? – dodała Hermiona.
– Szukamy…! Czegoś. I nie, nie udało się – wyrwało się Mundungusowi, ale zaraz zamilkł, pod gromiącym spojrzeniem Lupina.
Hermiona, zaintrygowana, zwróciła się do Billa:
– A nie potrzebujecie przypadkiem klucza, żeby dostać się do cudzej skrytki? Myślałam, że w Banku Gringotta są potężne zabezpieczenia.
– Od czego jest Łamacz Klątw? Poza tym mamy nakaz przeszukania. Co oczywiście nie napawa goblinów wielką radością i nie są zbyt skore do współpracy. – Bill uśmiechnął się, według Anastazji, nieco zbyt zarozumiale. Patrząc na niego, chyba zaczynała rozumieć na czym polegał ten cały szał na niego w czasach szkolnych. Z pewnością rozumiała, czemu Tatiana tak bardzo się w nim zakochała: długie włosy, twarz o ostrych rysach, ubrania jak gwiazda rocka i cała ta postawa, z której aż biła pewność siebie. To musiało działać na dziewczyny, ale nie, to raczej nie było w jej typie. Osobiście nie znosiła rudych mężczyzn.
– Ale czy skarbiec Lestrange’ów nie wymaga przypadkiem otwarcia przez goblina? – zapytała nagle Anastazja. – W końcu to jeden z tych starych czarodziejskich rodów. Na ich skrytce musi ciążyć mnóstwo zabezpieczeń.
– To prawda, ale Bellatrix ma swoją własną skrytkę – wyjaśnił Bill. – Zresztą, przestańcie już o to pytać. I tak za dużo wam powiedziałem.
Hermiona posłusznie nie zapytała o nic więcej, chociaż było po niej widać głód wiedzy, ale, wymieniwszy porozumiewawcze spojrzenia z Harry’m i Ronem, było wiadomym, że na pewno będą o tym dyskutować później.
– Z innej beczki, rzucałeś kiedyś Flagrante? – zapytała Anastazja Billa.
– Nie, nie rzucałem, tylko zdejmowałem. Nie pracuję już w dziale zabezpieczeń, przenieśli mnie z Egiptu i teraz mam robotę za biurkiem. – Obrzucił ją przenikliwym spojrzeniem. – Skąd znasz tę klątwę?
– Paskudne klątwy to mój konik – dopiła resztę kawy.
– Naprawdę? Rozbijałaś kiedyś klątwy? – zapytał Bill, wyraźnie nieufnie.
Anastazja pokiwała głową.
– Przed tą całą aferą z Dołohowem miałam zostać mistrzynią numerologii. Doktoryzowałam się ze struktur klątw i Niewybaczalnych.
Bill przyjął tę informację dość sceptycznie. Widziała, że najwyraźniej ocenia ją przez pryzmat swojej starszej siostry. Zawsze ją to w ludziach denerwowało. 
– Naprawdę? No to się tu marnujesz, dziewczyno! Może masz dla nas jakieś sugestie? Użycie Sesam Materio? – zapytał ironicznie.
Anastazja nie dała po sobie poznać, że trochę ją to uraziło. Tonks kopnęła Billa pod stołem.
– Wow. – Anastazja wstała, uznając, że nie ma ochoty się z nim sprzeczać. Tatiana miała absolutną rację: biedny, urażony, popularny Złoty Chłopiec Gryffindoru, który nie mógł się pogodzić z tym, że Ślizgonka kiedyś zafarbowała mu włosy! Żenada. – Widzę, że niektórzy jeszcze nie wyrośli ze szkoły. Gratuluję.
Zanim Tonks zdołała ją powstrzymać, poszła do swojego pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Machnięciem różdżki zapaliła ogień w kominku, zrzuciła buty i weszła z powrotem pod kołdrę. Zapaliła lampkę, stojącą na stoliku nocnym. Potarła nos w zamyśleniu. Jak długo będzie jeszcze musiała tu tkwić? Rozejrzała się po pokoju. Usiadła znowu i obejrzała wszystkie, walające się po podłodze ubrania i książki. No dobrze, w niewoli czy nie, nie musi przecież żyć w syfie. Na pewno poczuje się lepiej, jeśli posprząta. 
Zebrała i ułożyła książki w jednej części pokoju, a wszystkie ubrania Bellatrix próbowała zapakować z powrotem do kufra. Niestety, wiadomą rzeczą jest (stuprocentowo dowiedzioną naukowo!), że rzeczy wyjęte z walizki powiększają swoją objętość o połowę i w związku z tym nigdy z powrotem się już do niej nie zmieszczą. 
Zrezygnowana, wyjęła więc wszystko na kupę obok kufra. Spojrzała na stertę ubrań z niechęcią. Nienawidziła składać ani prasować. Nie znała nawet żadnych zaklęć z tego zakresu! Zresztą, ten kufer niby był taki duży, a miejsca w nim doprawdy niewiele. Zaraz. Właściwie to nawet nie złudzenie optyczne! Anastazja obejrzała kufer dokładnie z zewnątrz, a potem wewnątrz. Nie wydawało jej się, dno było stanowczo zbyt wysokie… Postukała w nie mocno. Puste w środku! Poczuła przyjemny dreszczyk emocji.
Diffindo! – W ciemnozielonej podszefce kufra powstała spora dziura. Anastazja wsadziła z nią dłoń i nagle wymacała mały otwór, w sam raz na palec. Niecierpliwie rozerwała cały materiał. Podwójne dno! Odsunęła deskę. Pod nią, w grubej warstwie kurzu, leżał gruby zeszyt, oprawiony w cienką, czarną skórę. Wzięła go ostrożnie do ręki i przekartkowała. Był całkowicie pusty.
Aperacjum! – Jak się okazało, nie całkiem. Pod wpływem zaklęcia, zeszyt wypełnił się eleganckim, drobnym kobiecym pismem. Zafascynowana znaleziskiem, zajrzała na pierwszą stronę: 
20 lipca 1968

Narcyza doprowadza mnie do szału! Gdyby tylko nie była tak wstrętną lizuską i donosicielką rodziców…! Ale nie. Oczywiście, że nie. Zamiast jednej rozsądnej, musiałam mieć dwie młodsze i najbardziej irytujące siostry pod słońcem. Andromeda jest jeszcze dzieckiem i w ogóle nie można z nią rozsądnie porozmawiać, a Narcyza jest oczkiem w głowie mamusi, cholerna smarkula! Jak ja nie znoszę wracać na wakacje do domu!

Anastazja nie mogła uwierzyć własnym oczom. Kompletnie porzuciła porządki i wróciła z zeszytem do łóżka, gdzie miała lepsze światło. Właśnie odkryła sekretny dziennik siedemnastoletniej Bellatrix Black!


__________________

1 Mae West

2 komentarze:

  1. No i pojawił się Bill <3 Mam nadzieję, że sporo tu jeszcze namiesza... Za to ilość Severa wybitnie niezadowalająca... KHM!
    Nie znoszę Tatiany, ale o tym już wiesz. Jednak skoro ma być jeszcze bardziej nieznośna, to chętnie poczekam. Zaintrygował mnie ten pamiętnik Belli. W ogóle widzę, że liczba wątków rozrasta się w szalonym tempie, więc długo będziesz miała o czym pisać.
    Gdzieś tam pojawiła się odmiana Malfoya z apostrofem, a powinno być bez. Coś jeszcze chyba zauważyłam, ale już mi uciekło z głowy. Padam na pysk po walce z Yen.

    Ukłony!

    OdpowiedzUsuń
  2. Szalenie podoba mi się twój pomysł i cała historia, nie mogę się doczekać dalszego ciągu :)
    Pozdrawiam,
    Luu

    OdpowiedzUsuń