Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

czwartek, 14 maja 2015

Rozdział końcowy

Dla absolutnie bezczelnej Szelmy – już ty dobrze wiesz za co! I dla Wee, bo Draco należy do niej i dzielnie nadrobiła całe to wariactwo :) Dla Bellaris, która dzielnie komentowała i Właściwie dla każdego Anonima, komentującego i wpadającego. Jesteście najcudowniejsi! I jak się pewnie spodziewacie Mój licencjat gorzej mieć się nie mógł, ale co z tego, bo Sever ważniejszy! Toksyczni mężczyźni górą, zawsze to powtarzam.


Life's just a bunch of accidents, connected by one perfect end.1

Gdy puściły wszelkie bariery przeciw teleportacji, w sali balowej zaraz zjawili się Niewymowni, w szarych szatach z kapturami. Potem pojawiła się hrabina Oleńska, skinęła głową Alastorowi, a na ten znak bliźniacy Weasley rozrzucili wokół niebotyczne ilości Peruwiańskiego Proszku Natychmiastowej Ciemności. Rozległy się trzaski aportacji, zaraz potem nastąpiły rzucone na oślep klątwy, gdzieś błysnęła zieleń Avady. Anastazja poczuła jak ktoś ciągnie ją do wyjścia i chwilę potem znalazła się razem ze Snapem w jakimś długim korytarzu. Miała go zapytać o mnóstwo rzeczy, ale jakoś nie wiedziała od czego zacząć. Może lepiej było nie pytać o nic. Wyciągnął ją stamtąd, widocznie nie była mu obojętna… Nie, oczywiście, że nie była, ale tu już nawet nie chodziło o klątwę – to się mogło skończyć dla niego wręcz fatalnie. Skoro pokazał już po której stoi stronie. Po której stał przez ten cały czas. Patrzyła na niego i próbowała wybadać, czy dobrze rozumowała, ale jak zwykle był dla niej enigmą. Wciąż nic nie mówił, a szczerze wolałaby, gdyby chociaż ją ochrzanił za wpadanie na pole bitwy i kazał jej uciekać. Zamiast tego nie mówił nic, aż nagle ktoś zaczaił się na nich z tyłu i przerwał to milczenie. Klątwa błysnęła tuż nad głową mistrza eliksirów. Od razu popchnął Anastazję w stronę schodów i ruszył do walki z napastnikiem, który okazał się Lucjuszem.
To był naprawdę widowiskowy pojedynek, klątwy i od dawna tłumiona nienawiść aż błyskały w powietrzu. Nie odezwali się słowem, ale intencje były aż nazbyt widoczne. Obydwaj byli bardzo zdolnymi czarodziejami i nie ustępowali sobie umiejętnościami, ale w końcu Malfoy postanowił uciec się do starych, dobrych metod. Przyłożył Snape’owi z łokcia i miotnął w niego na oślep kolejną niewerbalną klątwą. Wtedy Anastazja rzuciła się na niego i powaliła na ziemię. Nie widziała nawet, czy Malfoy wcześniej trafił w Severusa, bo zaraz potem rzucił się na nią z mordem w oczach. Krzyknęła znowu w panice i próbowała się bronić, ale wytrącił jej różdżkę z ręki. Puściła się zatem biegiem do ucieczki, po drodze rzucając w niego butami przez ramię, chcąc go trochę spowolnić. 
Tymczasem Alastor Moody przejął dowodzenie nad armią Niewymownych, którzy bez słowa ruszyli za nim do ogrodu. Kiedy opadły ciemności i wszyscy pozostali w sali balowej rzucili się do walki, Voldemort uznał, że nastał czas na wielki finał. Harry Potter robił, co mógł i trzymał się bardzo dzielnie, ale stary auror już dawno postanowił, że nie było to miejsce dla szesnastolatków i to z pewnością nie była walka, do której Potter i jego przyjaciele mieli stanąć samotnie – pal licho, co o tym sądził Dumbledore. Gdy tylko Niewymowni pojawili się w ogrodzie, Draco odciągnął Hermionę na bok. Spodziewał się, że to co nastąpi za chwilę nie będzie zbyt bezpieczne dla osób postronnych. Zakapturzeni czarodzieje otoczyli walczącego Pottera i Voldemorta ciasnym kręgiem, zdjęli kaptury i rozpoczęli szeptaną inkantację. Różdżki wewnątrz kręgu natychmiast przestały działać, a potem Harry i Czarny Pan krzyknęli jednocześnie z bólu i zasłonili uszy, jak gdyby słowa sprawiały im fizyczny ból. Przez chwilę nic się nie działo, a potem ziemia zatrzęsła się pod całą rezydencją. Moody wyciągnął do Hermiony rękę, wyraźnie się niecierpliwiąc. Rozumiejąc go bez słów, podała mu wyjęty pospiesznie z torebki miecz i odsunęła się na bezpieczną odległość. Draco zaraz aportował się z nią z powrotem do rezydencji. Mieli do załatwienia jeszcze jedną sprawę, a jeśli działać, to teraz. Tu nie mogli zrobić już nic więcej, wszystko było w rękach Harry’ego.
– Potter! Łap! – Moody rzucił mu miecz. Gryfon jęknął głucho. Nie mógł nawet wyciągnąć ręki, by go złapać. Czuł, jak opada z sił. Inkantacja Niewymownych wwiercała się w jego czaszkę. Ból był nie do wytrzymania. Voldemort klęczał przed nim i ryczał nieludzko, trzymając się za głowę. Jego potworne, czerwone oczy były szeroko otwarte, choć chyba nie widziały już niczego. To dodało Harry’emu sił. Teraz mieli szansę, nie mógł się poddać. Na oślep zaczął grzebać ręką w śniegu, nie spuszczając oczu z Voldemorta. W końcu jego palce napotkały rękojeść miecza. Teraz już nie wahał się ani przez sekundę, bo nawet sekunda mogła kolosalnie zmienić bieg wydarzeń. Walcząc z bólem i nieznośnymi szeptami w głowie, podźwignął się powoli na nogi. Wystarczyło się dobrze zamachnąć, Ulfberht naprawdę przebijał wszystko. Głowa potoczyła się głucho po śniegu. Czerwone ślepia wciąż były szeroko otwarte. 

**

– Dołohow! – krzyknęła madame Oleńska, a uciekający przed nią Śmierciożerca nagle się zatrzymał. Obydwoje na chwilę się zachwiali, gdy całym domem wstrząsnęło nagłe trzęsienie ziemi. Kiedy ustało, Dołohow odwrócił się w jej stronę. Hrabina wbiła nienawistne spojrzenie w te czarne, przerażające oczy, które tak naprawdę nie miały nic wspólnego z jej wnuczką. Od razu poznała tą wykrzywioną w maniakalnym uśmiechu twarz dobrze jej znajomego potwora.
Madame Oleńska – wysyczał pogardliwie, celując do niej różdżką. – Cóż za zaszczyt! Czym sobie zawdzięczam ten honor? – Zaczął się do niej zbliżać kocim krokiem.
– Daruj sobie, ty śmieciu. – Uniosła dumnie głowę i posłała w jego stronę parę klątw, które on zręcznie sparował. Na jej nieszczęście był diabelnie dobry w pojedynkach, ale to ona miała diabelnie dobry powód, by go posłać prosto do piekła, skąd zapewne się wyczołgał.
– Zatańczymy? – zaśmiał się chrapliwie i posłał w jej stronę strumień czerwonego światła, które przeleciało jej nad głową ze świstem. Hrabina nawet nie drgnęła.
– Nie trafiłeś – uśmiechnęła się krzywo. – Chyba wypadłeś z formy!
Dołohow wydał z siebie wściekły ryk. Wyraźnie ujawnił się jego wewnętrzny psychopata i wszystkie maski nonszalancji opadły. Zaczął w nią miotać najstraszniejszymi klątwami, jakie był w stanie z siebie wykrzesać. Oleńska odparowała wszystkie, a potem podniosła różdżkę wysoko w górę, wymawiając inkantację zaklęcia w języku starszym, niż wszelkie inne. Ani na chwilę nie przerywała kontaktu wzrokowego, koncentrując całą swoją magię. Nadszedł czas na wyrównanie zbyt już przedawnionych rachunków.
– Jak…? – Dołohow opuścił powoli różdżkę, czując jak traci kontrolę nad swoim ciałem. Nogi mu zdrętwiały i padł na kolana. – Co mi robisz, ty stara zdziro?! – zaryczał.
Oleńska zaśmiała się zimno i przesunęła różdżkę powoli w dół. Dołohow wydarł się z bólu, czując jak ręce wykręcają mu się gwałtownie do tyłu. Wreszcie skończyła inkantację i podeszła do niego. Celnym kopniakiem prosto w szczękę powaliła go na plecy. 
– Jakieś ostatnie słowa?

 **  

Nagle z drugiego końca sali ktoś posłał w stronę Lucjusza potężną, niewerbalną klątwę w postaci błyszczącego, fioletowego płomienia. Anastazja odetchnęła z ulgą, gdy jeszcze niedawno pochylony nad nią Śmierciożerca teraz zwijał się w konwulsjach na swoim przesadnie drogim dywanie.
– Ani mi się waż! – Draco w jednej chwili pomógł kobiecie się podnieść, jednocześnie celując w swojego ojca różdżką. – Podoba ci się? – zapytał, uśmiechając się zimno. – Stara szkoła twojego kumpla, Dołohowa. 
– Draco… – wychrypiał Lucjusz.
– Milcz wreszcie.
Hermiona tymczasem dopadła do Anastazji, po drodze szybko zgarniając z podłogi różdżkę Lucjusza.
– Nic ci nie jest? – zapytała.
– Nie. – Ana pokręciła głową. – Czy…?
– Snape jest wciąż w zachodnim skrzydle, widziałam go po drodze.
– Owszem! – zarechotał nagle Lucjusz. – Prawdopodobnie jeszcze stygnie!
Anastazja natychmiast podniosła długą suknię niemal do kolan (etykieta, na Salazara!) – Lucjusz wzniósł oczy do nieba, ale został kompletnie zignorowany. Panna Hexwood pobiegła przed siebie co sił w nogach. Hermiona poczekała, aż zniknie jej z oczu i rzuciła Malfoyowi jego różdżkę z powrotem.
– Hermiono, co…? – Draco odsunął się zaraz na bok, bo Malfoy senior posłał w stronę jego dziewczyny klątwę. Na szczęście nie trafił.
– Co wyprawiasz?!
– Wstawaj! – warknęła Hermiona do Lucjusza, odsuwając się na bezpieczną odległość, gdy on już błyskawicznie podnosił się z podłogi. – Zobaczysz jak mocno skopie ci tyłek najbardziej szlamowata ze szlam!
Draco uskoczył, gdy Malfoy senior miotnął jakimś zaklęciem również w jego stronę. Chwilę potem do sali wpadł Macniar i Draco mógł już Hermionie pomagać, bo sam był w potrzasku.
– Polemizowałbym – warknął tymczasem Lucjusz do Gryfonki i z zaskoczenia puścił w stronę Hermiony jakąś konkretnie złośliwą klątwę. Uskoczyła w ostatniej chwili i sparodiowała dworskie dygnięcie.
– Nie najgorzej jak na starego Śmierciojada! – krzyknęła. Jej szybkie, niewerbalne zaklęcie rozerwało rękaw jego garnituru. – Och, mam nadzieję, że nie był markowy!
To rozjuszyło Malfoya do granic. Miotał w nią wszystkimi znanymi sobie zaklęciami, a ona dzielnie i umiejętnie je parowała. Był to iście spektakularny pojedynek, ale niestety dla Lucjusza Hermiona Granger w rzeczy samej była najbystrzejszą czarownicą swojego pokolenia, z pewnością w tym momencie była też najbardziej zdeterminowaną. Starała się go jednak nie lekceważyć, bowiem widać było, że Lucjusz Malfoy nie miał już nic do stracenia, a to czyniło go tym bardziej niebezpiecznym przeciwnikiem.

 **  

Kiedy Anastazja dotarła do zachodniego skrzydła rezydencji, wszędzie leżeli polegli Śmierciożercy i aurorzy. Ktoś (podejrzewała skłonnych do piromanii bliźniaków Weasley) wysadził pół ściany i kawałek sufitu, przez które widać było bezchmurne, rozgwieżdżone niebo. Zupełnie nieodpowiednia pogoda do ostatecznej bitwy.
Severusa nie było nigdzie w pobliżu, nie wiedziała, czy ma się cieszyć, czy płakać po stracie. Jeśli go nie było, to… Chyba przeżył? Albo już nigdy nie odnajdą ciała.
– Ana! – Odwróciła się momentalnie, a biegnąca do niej Tatiana padła jej w ramiona. Anastazja zorientowała się, że nadal nie ma różdżki, jest całkowicie bezbronna i prawdopodobnie zaraz zginie. Teraz zginą obie.
– Ana, musimy uciekać! To Voldemort! – Jej siostra zamachała rękami. – Voldemort jest w ogrodzie i walczy z Potterem, Niewymowni odprawiają tam jakiś rytuał, a ja nie chcę tu być i obserwować co będzie jak przestaną! To się nie może dobrze skończyć! – Pokazała drżącą ręką na dziurę w murze, ale w ogrodzie zaklęcia błyskały tak gęsto, że niewiele było widać. Anastazja już miała ją zapytać, co do licha tu robi, ale nie zdążyła.
– Nie sądzę, żebyście uciekły daleko – poinformował je ostry, skrzekliwy głos za ich plecami, a chwilę potem wyjątkowo paskudna klątwa trafiła Anastazję w plecy. Padła na ziemię bez przytomności. Tatiana krzyknęła, odwróciła się na pięcie i strzeliła na ślepo przed siebie przypadkowym zaklęciem. Nigdy nie była specjalnie dobra w posługiwaniu się różdżką, dlatego nawet się nie zdziwiła, gdy zaklęcie chybiło. Więc to koniec.
  Nagle jakaś zabłąkana klątwa trafiła Bellatrix prosto w nogę. Zawyła z bólu i upuściła różdżkę. Tatiana odwróciła się za siebie. W jej stronę biegł Bill Weasley, ale nie zdążyli powiedzieć do siebie nawet jednego słowa, bo Bellatrix uniosła różdżkę, przygotowując się do najstraszliwszej inkantacji ze wszystkich:
Avada…!
– Nie! – Bill zasłonił Tatianę i złapał ją za rękę, przyciągając do siebie dokładnie w momencie, gdy klątwa Bellatrix poleciała w ich stronę, tym sposobem trafiając w nich obydwoje. Na chwilę błysnęło zielone światło, które szybko urosło do rozmiarów kuli, zmieniającej barwę na coraz jaśniejszą, aż w końcu oślepiająco białą. Po chwili dało się słyszeć tylko pełen przerażenia i zaskoczenia krzyk Bellatrix Lestrange, a potem… Nastała dzwoniąca w uszach cisza.

 **  

Hermiona powoli opuściła różdżkę, ale dopiero wtedy, gdy dopilnowała, że Lucjusz Malfoy zrozumiał, z kim ma do czynienia. Uniosła elegancko rąbek sukni i podeszła do niego powoli. Obcasy jej butów stukały miarowo o czarną, kamienną posadzkę pokoju. Nie mogła sobie odmówić odrobiny dramatyzmu.
– To twój koniec, jak ci się podoba? – zapytała cicho. – Dzięki temu porąbanemu faszyście, dla którego pracowałeś-…! – Uniosła dłoń, powstrzymując jego protesty. – Milcz! Nie waż się nawet zaprzeczać. Obydwoje jesteśmy inteligentnymi ludźmi – uśmiechnęła się niemal jadowicie. Lucjusz musiał przyznać, że jej nie docenił. Gdyby jego poglądy nie były tak niereformowalne, zdobyłby się nawet na szaloną myśl, że została przydzielona nie do tego Domu, co trzeba.
– Panno… Granger.
– Nie pannuj mi tu, Lucjuszu Malfoy!
– Panno Granger, proszę! Bez dramatów…! – Próbował ironizować, ale zanim zdążył skończyć, Hermiona błyskawicznie do niego dopadła i przystawiła mu różdżkę do gardła. Lucjusz cofnął się pod ścianę, a stojący obok Draco uśmiechnął się triumfalnie pod nosem.
– Ojcze, na twoim miejscu przyjąłbym porażkę z godnością. Kiedyś w ten sam sposób rozwaliła mi nos.
– Draco, nie wtrącaj się! – warknął Lucjusz, gdy wtem za jego synem, całkowicie znikąd, pojawili się Snape i Alastor Moody.
– Snape! – szepnął Malfoy senior, przerażony, gdyż – niemalże dosłownie – właśnie zobaczył ducha. – Ty żyjesz!
– Najwidoczniej – wycedził były mistrz eliksirów, nie mogąc sobie nie pozwolić na uśmieszek triumfu. – Posłuchaj choć raz głosu rozsądku, ty stary dupku.
– To koniec. Przegrałeś. – Hermiona znalazła się zaraz przy Draconie. Lucjusz, być może po raz pierwszy w życiu, zrobił się obscenicznie wręcz purpurowy na twarzy.
– W końcu wsadzimy cię tam, gdzie naprawdę będziesz pasować! – zarechotał Moody. – Z uprzejmości damy też celę obok kogoś znajomego, co powiesz na swoją uroczą żonkę?
Malfoy senior chwilę mierzył się ze starym aurorem na spojrzenia, ale po chwili pojął, że to już naprawdę był koniec. Hermiona spojrzała Lucjuszowi prosto w oczy, a on, całkowicie niespodziewanie, powoli skinął jej głową, podciągając się z trudem na równe nogi. Był pilnym uczniem starych zasad swojego ojca i dobrze wiedział, kiedy wycofać się z gry.





_______________________

1 Daniel C. Tomas

4 komentarze:

  1. Uuu, Herma taka zdolna i szalejąca! Rozumiem, że Lucjusz wiele zniesie, ale na pewno nie zniszczenie garniaka (czy ja tu wyczuwam subtelną nutę Briana Kinney?). Słusznie, Lucjuszu, o ubrania trzeba dbać! W końcu nie jesteś jakąś celebrytką, która każdy łaszek wkłada raz. Tak, Draco jest mój, przyjmuję to na klatę. Ale jego klątw już nie, poczekam aż skończy. Biedny Voldemort do kompletu oprócz nosa stracił też głowę. I to dla Pottera! No dobrze, ale jak tak możesz porzucać na pastwę losu siostry i Billa?! Nietoperz ma się dobrze, ale siostry takie zaniedbane! I William! [Gdzie jest Teddy?! I John!] Okrutne zakończenie! Nie wiem gdzie posłać kwiaty... I gdzie był w tym wszystkim HipoSiri?! Aaa.

    wee

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeśli Tatiana i Bill się przekręcili, to muszę Cię zmartwić, ale nie będę płakać. Tylko jedna para mnie tu interesuje. No może dwie, bo Moody to jednak fajny facet, może nie przystojny, ale całkiem do rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Końcowy? Ale nie końcowy tak naprawdę, tylko końcowy z.. hm.. nazwy?
    A ślub? Severus we fraku i z bukietem orchidei i małe Sevany lub Ansevy?
    Będzie epilog albo część 3 (głosuję za opcją nr 2!)

    Lilka

    P.S. Jedno mnie zastanawia: Voldemort też się dostosował do wymogów ubraniowo-balowych i pojawił się w garniturze? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach cóż, wiesz, że pewnych rzeczy nie mogę sobie darować, więc jeszcze zajrzyj tu za jakiś czas ;) Voldemort to bardzo indywidualna istota i myślę, że nie da sobie narzucić dresscode'u, nawet Narcyzie :P

      Usuń