niedziela, 3 maja 2015

Rozdział siedemnasty

Eee… Tak. Nie śpię, bo zabijam kanon, pamiętajcie! :)


Always forgive your enemies; nothing annoys them so much.1

Severus Snape uznał, że powoli wpada w obłęd. Istniała też szansa, że w związku z ogólnie panującą wiosną i pyleniem wszystkich drzew, zapadł na jakiś nagły atak uczuleniowy i jego ciało próbuje się bronić halucynacjami. Dobrze, to nie była zbyt dobra wymówka, nigdy nie był na nic uczulony. Oprócz Pottera, choć teraz przestał go już dręczyć z taką pasją w obliczu tego, co z chłopakiem i resztą szkoły wyprawiała ta przeklęta ropucha, Umbridge. 
W związku z nowym reżimem w Hogwarcie i dymisją Dumbledore’a, Severus coraz częściej uciekał przed szkolną rzeczywistością na Grimmauld Place i zaszywał się w bibliotece z młodszą panną Hexwood. Obydwoje wiedzieli, że ich dalsze badania w dziedzinie Mrocznego Znaku prowadzą już na tym etapie donikąd i jedyne, co mogliby zrobić, by pchnąć sprawy naprzód, to zniszczyć obydwie różdżki, ale żadne z nich jakoś nie miało ochoty powiedzieć tego głośno. Snape dzięki rozmowom o kelpiach i rdzeniach zaklęć jakoś się odprężał, a Anastazja chyba po prostu lubiła mówić o numerologii, nie zważając na to, czy ktoś słucha jej uważnie, czy też nie.
Zaskakujące, jak bardzo przypominała mu Bellatrix. Teraz już wcale się nie krył przed sobą z tymi myślami, pojawiły się w grudniu i nie chciały odejść, więc postanowił je zwyczajnie zaakceptować. Skoro myślał w ten sposób, to znaczy, że wnioski były słuszne, rachunek był prosty. Przypominała mu tę Bellę, którą znał zanim to wszystko jeszcze się zaczęło – rozprawiającą z pasją o potędze Czarnego Pana, piękną, z nieułożonymi włosami i błyszczącymi oczami. 
Wszyscy myśleli, że trafił do Wewnętrznego Kręgu przez Lucjusza i takiej wersji zawsze się trzymał, ale prawdziwym powodem była ona i jego szczenięce uwielbienie dla tej kobiety. Oczywiście wszyscy wiedzieli, że piękna Bella jest mężatką, Snape też został o tym szybko poinformowany przez usłużnego Malfoya, który musiał zauważyć jak na nią patrzył na zebraniach Kręgu. Nie obchodziło go to jednak za bardzo i ją chyba też nie. 
Małżeństwu nie pomagał też fakt, że było zaaranżowane, choć tym razem Bella pomogła losowi i na kandydata znalazła sobie męża idealnego. Lestrange był ze znamienitego, czystokrwistego czarodziejskiego rodu, był bogaty, nie byli zbyt blisko spokrewnieni, nie grzeszył inteligencją, oczy z pewnością nie bolały od patrzenia na niego, no i oczywiście był totalnym gejem, co stanowiło wśród Śmierciożerców tajemnicę poliszynela. Bellatrix wyszła za niego niezwykle chętnie i niezwykle szybko po przedwczesnej i jakże tragicznej śmierci swojego pierwszego męża. 
Severus odchylił się na oparcie sofy i przymknął oczy, słuchając Anastazji jednym uchem. Jej ochrypły, niski głos zaprowadził go w stronę wspomnień, których dotąd w ogóle nie chciał ruszać.

– Biedactwo, wyobrażasz sobie? Niektórzy mężczyźni po prostu nie trawią trucizn! – powiedziała Bella ironicznie i zaśmiała się upiornie, przeciągając zaraz potem w pościeli jak kotka. Severus stał przy oknie i palił dramatycznie papierosa, starając się za bardzo nie myśleć o tym, co Lestrange mu zrobi, jeśli się dowie, z kim jego żona sypia na boku. Czy fakt, że próbował z Severusem flirtować na balu u Malfoyów może stanowić jakieś okoliczności łagodzące? Bo z pewnością on wzdrygał się na samą myśl o tym wieczorze.
Co jakiś czas zerkał w stronę Mrocznego Znaku na swojej ręce, wciąż nie mogąc się przyzwyczaić, że tam jest. Z pewnych względów nawet się cieszył, a ból był do wytrzymania, chociaż najważniejsze było to, co stało się po ceremonii. Ona. Wyraźnie stał się godny jej uwagi, choć, musiał przyznać, nie do końca tego się spodziewał po ich pierwszej wspólnej nocy.
– Dasz mi papierosa? – Uśmiechnęła się jak gwiazda filmowa, mrużąc oczy i nic sobie nie robiąc z faktu, że leży przed nim kompletnie naga, bo i też nie miała się czego wstydzić. Była piękna. Podszedł do niej szybko i wyciągnął w jej stronę paczkę.
Spojrzała na niego w taki sposób, w jaki patrzy się na niemądre dziecko.
– No nie, nie te tanie, okropne szlugi. Podaj mi moją torebkę! – Machnęła ręką w stronę stolika. Wsadził swoje papierosy do kieszeni i bez słowa podał jej zgrabną, czarną kopertówkę. Wyciągnęła z niej papierośnicę, a on podał jej ognia. Długie rzęsy rzucały cień na jej blade policzki, a Severus nie mógł się napatrzeć na każdy szczegół jej twarzy. 
– Dziękuję – wymruczała. – Chodź tu do mnie, mały Śmierciojadzie. – Przyciągnęła go do siebie stanowczo.

Z zamyślenia wyrwało go pstryknięcie palców, tuż przed jego nosem. Wrodzona paranoja sprawiła, że zacisnął palce na różdżce i zgrzytnął zębami, zanim zorientował się, gdzie był.
– Śpisz? – zapytała, siadając obok niego na kanapie.
– Radziłbym, żebyś tego nigdy więcej nie robiła, Hexwood.
– Pytała, czy śpisz? Każdemu się zdarza.
– Nie podkradaj się do szpiega, kobieto! To grozi wypadkiem. Twoim – wycedził. 
Nie zdążyła wymyślić na to żadnej riposty, bo nagły hałas i krzyki piętro wyżej skutecznie odsunęły na bok ich przepychanki słowne.
– Zostań tu. – Severus poderwał się z miejsca, bo wiedział dokładnie, co było na górze – jedyny zabezpieczony kominek podłączony do sieci Fiuu.
– Jasne! – Anastazja prychnęła i poleciała za nim na górę, kompletnie ignorując jego rozkazy. 
Wpadli do pokoju, w którym rozgrywała się przedziwna scena. W kominku unosiła się głowa Pottera, a przed nim, na okrągłym, wyświechtanym dywanie, stały skrzaty hrabiny Oleńskiej i Stworek, a dokładniej: Bergman syczał na najstarszego z nich w języku, którego Anastazja nigdy wcześniej nie słyszała, a Ingmar założył pomarszczonemu stworzeniu solidnego nelsona i nie chciał puścić.
Severus szybko wparował między nich, a na jego widok skrzaty natychmiast się uspokoiły i ukłoniły. To znaczy: dwa z nich, Stworek leżał na dywanie i wzywał swoją biedną panią, która na pewno nie pozwoliłaby go tak traktować.
– Co tu się dzieje?! Potter! Coś narobił?! – Snape sprawiał jeszcze groźniejsze wrażenie niż zwykle, stojąc nad skrzatami i wbijając nienawistne spojrzenie w kominek. Wyraźnie włożył całe serce w dzisiejsze złowieszcze trzepotanie szatami.
– Nic, ja… Co to niby było? – zapytał zszokowany Harry.
– Język skrzatów, Potter. A teraz wyjaśnij mi łaskawie, coś im powiedział!
– Nic im nie powiedziałem! Stworek zaczął się wyzłośliwiać, a potem te dwa pozostałe wpadły i zaczęły się kłócić! Profesorze, musi pan natychmiast…!
– Dzień, w którym będę musiał coś natychmiast na twoje polecenie, będzie dniem, gdy ubiorą mnie do trumny, by spotkać Stwórcę! A teraz milcz i mów prawdę, Potter!
– Profesorze, czy to się nie wyklucz-… – Na widok morderczego wzroku mistrza eliksirów, Gryfon uznał, że chyba lepiej będzie robić jak mu każą.
– Skrzaty nie używają swojego języka poza nagłymi wypadkami. Coś tu musiało zajść, więc słucham! – Anastazja zauważyła, jak Snape’owi zaczynają drgać nozdrza i podejrzewała, że jego furia nie ma nic wspólnego ze skrzatami. On coś wiedział. Coś przeczuwał. Na coś czekał, coś szykowało się od kilku dni, chociaż dotąd uparcie milczał na ten temat. Czyżby to coś właśnie nadeszło?
– Profesorze Snape! Umbridge zablokowała szkołę, musi ją pan powstrzymać! – Zamiast Harry’ego, w kominku pojawiła się głowa Hermiony Granger. – Gdzie jest Syriusz?
– Jak to: gdzie jest? Na górze, niańczy tego idiotycznego hipogryfa!
– Profesorze, Harry miał wizję, że Śmierciożercy Syriusza…!
– Zaufaj mi, Granger, Black jest na górze, jego fałszowanie słychać aż tutaj.
– Ale w takim razie musi pan natychmiast działać, profesorze! Ślizgoni wymknęli się spod kontroli, a profesor Umbridge…!
Zanim zdążyła skończyć, wiedziała już, że szykują się kłopoty. Snape, w szczycie furii, zwrócił się w stronę Anastazji, która stała przy drzwiach i nie bardzo wiedziała, co ze sobą zrobić.
– Tym razem mówię poważnie: zostań – rozkazał i czym prędzej przeszedł przez kominek.

**

Hogwart był pogrążony w kompletnym chaosie. Po spektakularnej ucieczce bliźniaków Weasley, Dolores Umbridge zablokowała zamek i wszystkie punkty wyjścia. Ślizgoni panoszyli się jak nigdy wcześniej – Severus Snape był nieobecny, a nikt inny nie mógł nad nimi zapanować. Większość uczniów zebrała się w Wielkiej Sali i czekała na koniec wszystkiego. Wtedy Gwardia Dumbledore’a jednomyślnie uznała, że ktoś musi wkroczyć do akcji. Rozproszyli się na kilka grup i starali się przejąć zamek, podczas gdy Umbridge latała po piętrach histerycznie, krzycząc, że jest Wielkim Inkwizytorem.
– Och, zamknij się wreszcie, ty niedorzeczna ropucho! – uciszyła ją nagle na Wielkich Schodach profesor McGonagall, która postanowiła uciąć panowanie Ministerstwa w Hogwarcie raz na zawsze. Co za dużo, to niezdrowo.
– Jak mnie nazwałaś?! – Umbridge wycelowała swój krótki, pulchny palec w nauczycielkę transmutacji, a ta w odpowiedzi wyciągnęła w jej kierunku różdżkę.
Dolores Jane, która nie była jeszcze pozbawiona resztek instynktu samozachowawczego, zaraz cofnęła się o krok i przywołała na twarz swój sztuczny uśmiech.
– Minerwo! Opanuj się! Nie chcesz chyba zadzierać z Korneliuszem i…!
– Korneliusz Knot? – McGonagall uniosła dumnie głowę i klątwa świsnęła tuż nad ramieniem Umbridge, która podskoczyła z piskiem. – Czyżbyś nie słyszała, Dolores? Knot i Ministerstwo to już dawno nieaktualny układ. – Uśmiechnęła się w taki sposób, że obserwujący ją Gryfoni poczuli nagły przypływ dumy i animuszu.
Drę-…! – Umbridge już unosiła różdżkę, gdy za jej plecami ktoś trafił w nią celnym Petrificus Totalus.
– Severusie! – Minerwa bardzo starała się nie uśmiechać, a część z uczniów zaczęła wiwatować, choć na widok miny Snape’a szybko skończyła.
– Co tu się, do diaska, dzieje, Minerwo?! – warknął Snape, patrząc z niejaką satysfakcją na leżącą na podłodze Umbridge, z palcami wciąż zaciśniętymi na różdżce. Od dawna palce go świerzbiły, żeby to zrobić.
– Severusie, nie uwierzysz chyba w to, co ci powiem…
– Spróbuj – wycedził.

**

W tej samej chwili, na korytarzu na czwartym piętrze, część Gwardii Dumbledore’a próbowała opanować Brygadę Inkwizycyjną, która terroryzowała zabłąkanych tam uczniów.
– Harry! – Hermiona pociągnęła Pottera na ziemię, gdy ktoś za ich plecami miotnął w niego klątwą. To już nie były Drętwoty i Jęzlepy, Hermiona w mig rozpoznała czarną magię. Urok rozbił się na ścianie i pozostawił wypaloną w niej dziurę. Usłyszeli za sobą lodowaty śmiech.
– Zabini! – syknęła nienawistnie, odwracając się na pięcie. 
Ślizgon uśmiechnął się wrednie i już szykował do kolejnego ataku, gdy Hermiona,  kompletnie już zatraciwszy kontrolę i poczucie obowiązku wobec szkolnego regulaminu, zaczęła w niego miotać wszystkimi zaklęciami, które znała. Całkowicie zapomniała też o tym, by niektóre z nich wypowiadać. Reszta Gwardii ruszyła na Pansy Parkinson i jej koleżanki, które próbowały rzucać Upiorogackami, dopóki Ginny Weasley nie zasunęła Pansy celnym prawym sierpowym.
Zabini tymczasem, teraz już na skraju bezradności, zaczął się cofać w dół schodów, nagle wcale nie tak pewny swego.
– To za nazywanie mnie szlamą! – krzyknęła Hermiona, a jej zaklęcie rozbiło się tylko dzięki temu, że Blaise przytomnie ochronił się magiczną tarczą. – To za przewracanie mojego kociołka i donoszenie na nas do Snape’a! Za klątwę przy śniadaniu! – Urok trafił go w nogę i Blaise padł na jedno kolano. – Za donoszenie do Umbridge i za! Ogólne! Bycie! Dupkiem! – Gdy padł na plecy, a ona celowała w niego różdżką z mordem w oczach, za jej plecami rozległo się wymowne chrząknięcie. 
Część Gwardii Dumbledore’a stała za nią bezradnie, a ślizgońskie posiłki specjalne, pod dowództwem Teodora Notta, celowały w nich różdżkami.
– Jesteście otoczeni! – krzyknął Blaise triumfalnie.
– Nie byłbym tego taki pewien, Zabini. – Na dźwięk tego głosu, żołądek Hermiony wykonał podwójne salto. Chwilę potem do korytarza wszedł Draco Malfoy w towarzystwie swoich goryli, wszystkich prymusek Ravenclawu i demonicznej ślizgońskiej bandy Teddy’ego Turnera, którzy dzierżyli w dłoniach pałki do Quidditcha i uśmiechali się jak wybitnie krwiożercze dobermany (grymas niechybnie podpatrzony u swojego szefa).
– ZDRADA! – ryknął zaraz Blaise i kopnął Hermionę do tyłu, stając na równe nogi, na co Malfoy zareagował grymasem szczytu nienawiści i ruszył na dawnego kolegę z gołymi pięściami. Gwardia Dumbledore’a w mig odzyskała siły i w kilka chwil zaczęli gromić zaklęciami resztę Ślizgonów. Trzeba tu było docenić niezwykłą siłę argumentów lewego prostego Ginny Weasley i inwencji twórczej Krukonek, na czele z Luną Lovegood i jej doskonałym Oppugno.
– Padnij! – Syn Lupina padł posłusznie na ziemię, gdy Ginny tuż nad jego głową kopnęła Notta w szczękę.
– Wow! – Teddy wyskoczył w górę jak marcowy zając i spojrzał na nią z uznaniem, podczas gdy jego kolega z Domu zwijał się z bólu na podłodze. – Wcale nie walczysz jak dziewczyna!
– Dzięki. – Ginny uśmiechnęła się szeroko, gdy nagle została do siebie przyciągnięta przez Turnera, a członek jego bandy zdzielił pałką czającą się za jej plecami  wyjątkowo podstępną koleżankę Pansy Parkinson.
– Szefie! Szef uważa na drugi raz! – prychnął pryszczaty Ślizgon i ruszył z głośnym „Geronimo!“ na ustach w sam środek skotłowanych ze sobą walczących. 
Malfoy tymczasem pruł przez tłum z Hermioną i razem siali prawdziwy pogrom. Harry kilka razy stworzył wokół nich tarczę ochronną, bo Draco był tak wpatrzony w Gryfonkę, że prawie kilka razy zarobił wyjątkowo złośliwymi klątwami Blaise’a. W niczym mu to nie przeszkadzało, nie mógł oderwać od Hermiony oczu. Jej rozwiane włosy, zacięta mina i błyskawiczne, całkowicie instynktowne, niewerbalne zaklęcia sprawiały, że przechodziły go dreszcze.
– AQUA ERUCTO! – Nagle w walczących trysnęło kilka silnych strumieni wody i wszystko ucichło. Pokonani (i solidnie przemoczeni) Ślizgoni leżeli na podłodze, w większości nieprzytomni, jęcząc i dogorywając. Ociekająca wodą Gwardia Dumbledore’a zwróciła się w stronę korytarza, gdzie stał bardzo złowrogi i bardzo wkurzony Snape, wciąż celując w nich różdżką. Szybko obrzucił czujnym wzrokiem obecnych, a kiedy przeliczył ilość pozycji horyzontalnych Ślizgonów, zgrzytnięcie jego zębów dało się słyszeć chyba w całym zamku. 
– Draco. Malfoy. I oczywiście Potter! Granger! Mogłem się spodziewać. – Snape podszedł powoli do swojego chrześniaka i złapał go za szatę.
– To nie Draco, profesorze! – krzyknął Harry. 
Severus odwrócił się w stronę Gryfona, a jego nozdrza drgały ze złości jak szalone. W swoim całym życiu nie spodziewał się usłyszeć tego zdania z ust czarciego pomiotu swojego szkolnego wroga, więc najwidoczniej musiał się przesłyszeć.
Coś powiedział?
Ja… – Harry rozważył swoje szanse. – To nie Draco. Profesorze, mówiliśmy panu! W Hogwarcie był kompletny chaos! Próbowaliśmy jakoś zapanować nad tłumem i…
– Czy sądzisz, że zalicza się to do obowiązków uczniów, Potter?! Trzeba było…!
– Severusie! Wystarczy! – W pełnej glorii walecznej Lwicy Gryffindoru do dyskusji włączyła się Minerwa McGonagall, z kokiem w nieładzie i zaróżowionymi policzkami, widocznie po długim procesie opanowywania sytuacji na dolnych piętrach. – Potter, Granger, Malfoy! Proszę za mną! Wyjaśnimy to sobie w moim gabinecie. Resztę proszę natychmiast o rozejście się do swoich dormitoriów lub zgłoszenie do pani Pomfrey. Severusie. – Machnęła nieznacznie ręką na poturbowanych Ślizgonów. – Zrób coś z tym.
Snape zrobił minę jakby właśnie rozważał czy ją ugryźć i jak mocno. W desperackiej próbie ratowania autorytetu, zwrócił się do Dracona:
– Wiesz, że będę zmuszony powiadomić o tym twojego ojca? – powiedział, na tyle głośno, by wszyscy słyszeli.
– Tak przypuszczam… Tak. – Draco odwrócił się na chwilę do niego, a potem uśmiechnął w taki sposób, że Severus pożałował swoich słów, głównie w związku z tym, co stało się potem. – Więc trzeba będzie mu też powiedzieć o tym. – Młody Malfoy złapał pannę Granger stanowczo, przechylił tuż nad podłogą i przy wszystkich złożył na jej ustach tak spektakularny pocałunek, że nawet Gryfoni wydali z siebie kilka gwizdów i okrzyków. 
Oczywiście do momentu, gdy oburzona McGonagall nie rozdzieliła zakochanych i nie pociągnęła całej trójki stanowczo w stronę schodów, mamrocząc pod nosem o zasadach moralności i nieumiejętności zachowania twarzy w obliczu tragicznego chaosu w szacownej placówce. Severus tymczasem uznał, że życie w sumie nie jest aż tak niesprawiedliwe. Nie mógł się wręcz doczekać wysyłania tej wieczornej sowy do Lucjusza.

**

Pod osłoną nocy, kilkunastu czarodziejów przemknęło na miotłach nad Tamizą i wlecieli pod London Bridge. Droga powietrzna była ostatnią, którą mogli się dostać do Ministerstwa. Dwie godziny temu wszystkie punkty teleportacyjne w Hogwarcie, a, jak doniósł im Snape, teraz już także te na Grimmauld Place, zostały zablokowane. Nie było czasu do stracenia, Ministerstwo musiało dowiedzieć się o nadciągającym na nie ataku, skoro Korneliusz Knot już wczoraj oficjalnie zbiegł ze stanowiska. Niektórzy kapitanowie najwidoczniej opuszczają tonący okręt razem ze szczurami.
– DeBourgh, leć przodem! – krzyknął Kingsley Shacklebolt do aurora po swojej lewej, gdy o mały włos nie zderzyli się na kolejnym moście z mugolskim autobusem. Jakiś czarny cień przeleciał tuż obok nich, ale zaraz zawrócił. Kingsley machnął różdżką, posyłając za siebie patronusa. Auror obawiał się aż zanadto, co (lub kto) mógł to być.  Czyżby się spóźnili? Wszyscy dotąd tylko spekulowali o nastaniu ciężkich czasów, ale w tym momencie chyba właśnie się zaczęły.
– Kingsley! – Auror po jego prawej gwałtownie skręcił miotłę i wskazał mu cel ich wyprawy. Nad Ministerstwem błyskały zaklęcia, które mugole z pewnością brali za niezwykle efektowne pokazy fajerwerków. Chwilę potem ktoś wypuścił w niebo ogromny Mroczny Znak. Część z nich wstrzymała oddech.
– Już za późno – powiedział ktoś z przerażeniem.
– Jeszcze nie! Za mną! – Shacklebolt zwrócił swoją miotłę w stronę Znaku, a potem spojrzał przez ramię na resztę aurorów. – Na mój rozkaz! Luminis solvi!
Z kilkudziesięciu różdżek wystrzeliły snopy białego światła i trafiły węża prosto w rozwartą paszczę. Ten zwinął się w agonii i zniknął. 
– A teraz cała naprzód, musimy im pomóc! – Kingsley przyspieszył i aurorzy ruszyli za nim, pikując w dół, do Ministerstwa.













_______________________

1Oscar Wilde

4 komentarze:

  1. Trochę dziwne to Dramione, ale i tak mi się podoba.
    Snape prawie troszczy się o An, jakie to słodkie <3 Mam nadzieję, że przestanie widzieć w niej tylko mini Bellatrix, a zacznie prawdziwą An. W innym razie biędzie wielki smuteczek.
    A napad na Ministerstwo jakoś mnie nie boli, może dlatego, że nigdy za nim nie przepadałam.
    I śpij czasami kobieto! Tak z 3-4 godziny na dobę powinny Ci wystarczyć ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A! I nowy obrazek w szablonie dużo lepiej się prezentuje :D

      Usuń
    2. Dziękuję, cieszę się, że Ci się podoba! :) Hm, Dramione militarne, zostałam zainspirowana, a poza tym nie cierpię Harry/Ginny i Hermiona/Ron, więc sama rozumiesz. Czasem śpię! … Dobra nie, właśnie ślęczę nad tajemniczą pracą domową z frazeologii, której nie rozumiem… Ale chyba skończę osiemnasty rozdział najpierw, oczekuj fajerwerków! :) Soon! Pewnie jutro.

      Usuń
  2. Wiesz, że Bellatrix w paringu z Severem kocham miłością szaloną? Ba, czuję się tu nawet jednostką bezpośrednio odpowiedzialną za ten miły dodatek. Cudowna scena i oby więcej przebłysków z przeszłości mistrza eliksirów. Belli też może być więcej, nie obrażę się.
    Rozczuliły mnie również randki z Severem w bibliotece. Też bym tak chciała, chociaż nie wiem, czy w tym życiu zdołałabym mu zaimponować intelektem. Ani w następnym. Ani w żadnym innym. To jest po prostu tak mądry facet i udało Ci się to pokazać! Niestety, w wielu fanfikach laski zbaczają w wydumane opisy urojonej „urody” mistera S., zamiast się skupić na najważniejszym – tym nieprawdopodobnie seksownym mózgu!
    Jeżeli chodzi o deptanie kanonu, zawsze jestem za. Kiedyś gmeranie w Zakonie Feniksa pewnie spowodowałoby u mnie napad agresji, teraz – gdy wiem, do czego Joaśka tam zmierzała – uważam, że właśnie tak to wszystko powinno wyglądać. Snape, który dostaje sporo akcji, Umbridge, którą jednak można spacyfikować, zanim wyrwie się spod kontroli, i Potter, który nie jest aż tak głupi, żeby nabrać się na idiotyczną sztuczkę z Blackiem. No i Draco, który dostaje osobowość. Zaszufladkowanie absolutnie wszystkich Ślizgonów zabolało mnie w kanonie najbardziej. U Ciebie każdy sam myśli za siebie i potrafi podjąć decyzję odnośnie strony, którą wybiera.
    Alternatywa jest znacznie lepsza.
    Hm, chociaż po namyślę muszę przyznać, że stęskniłam się już za hrabiną.

    W każdym razie chwalę, popieram i kłaniam się,
    Meada Szalona

    P.S. Pocałunki skazańców, oł jeeee!
    – Więc trzeba będzie mu też powiedzieć o tym. – Młody Malfoy złapał pannę Granger stanowczo, przechylił tuż nad podłogą i przy wszystkich złożył na jej ustach tak spektakularny pocałunek, że nawet Gryfoni wydali z siebie kilka gwizdów i okrzyków.

    OdpowiedzUsuń